Skierniewicka Gazeta Podziemna nie uznaje tematów tabu, nie uczestniczy w towarzystwach wzajemnej adoracji, nie uznaje zobowiązań wobec żadnych koterii i lobby. SKCGP za cel stawia sobie pracę organiczną w interesie dobra wspólnego w skali lokalnej. Gazeta opiera się na uczciwości, bezinteresowności i dążeniu do prawdy siłami obywateli zwanych dziennikarzami społecznymi. Dziennikarzem takim może zostać każdy, kto potrafi napisać rzeczowy, zwięzły artykuł na poziomie przedwojennego maturzysty. Artykuł wystarczy wysłać e-mailem na adres redakcji: skcgp małpa op.pl Tekst musi być oryginalny i podpisany co najmniej nickiem, lub adresem e-mail. Redakcja nie ingeruje w teksty, nie koryguje błędów ortograficznych, nie uznaje zaświadczeń o dysleksji ani dysortografii. Warunek publikacji jest jeden. Piszemy o konkretnych sprawach lokalnych. Inaczej mówiąc nie interesują nas dywagacje ogólnoludzkie, ogólnoświatowe, ani nawet krajowe.

piątek, 12 lipca 2013

„Idzie jak po Grudzie” - Czyli jak deptać ścieżki



„Po ośmiu latach od powstania Społecznego Komitetu na rzecz Budowy Ścieżek Rowerowych w Skierniewicach, budowa ścieżki wzdłuż Rawskiej dobiega końca”

„o kilometry tras dla cyklistów walczył niezłomnie”

„ Dziś Andrzej Gruda mówi – warto było, jeśli ktoś zechce, służę indywidualnym instruktarzem, jak skutecznie pracować na rzecz małych ojczyzn”

„Proszę się nie czepiać, czymże jest miesiąc opóźnienia wobec dekady – żartuje ojciec chrzestny ścieżki wzdłuż Rawskiej”

                               Artykuł pt: „Szło ciężko, ale jest szczęśliwe rozwiązanie” Głos z 04.07.2013

Początkowo byłem przekonany, że obywatel Andrzej Gruda to taka lokalna, skierniewicka replika  staroegipskiego fellacha ze słynnego epizodu w powieści Bolesława Prusa pt: „Faraon”.  Żywa skamienielina symbolizująca  upór, pracowitość i wytrwałość w dążeniu do raz obranego celu.

Można by go wybrać na radnego
- pomyślałem. A może nawet na prezydenta!
Skierniewiccy maturzyści (przynajmniej ci z „Prusa”) zapewne pamiętają tę poruszającą postać. Dla kilku pokoleń Polaków będącą wzorem żmudnej pracy organicznej. Czapki z głów! W końcu facet poświęcił całe życie na własnoręczne wykopanie kanału mającego doprowadzić wodę aż z Nilu do pustynnej dolinki, z zamiarem przekształcenia jej w rajski ogród. Nieważne, że mu to potem wszystko w try miga władza zasypała. Projekt był świetny, kosztorys realny (nie zawyżony!), wykonawstwo profesjonalne, mimo że z użyciem prymitywnych, starożytnych narzędzi... Tylko system, jak zwykle, okazał się do dupy.
Ech Eden... Te ptaszki ćwierkające, trawka słodka, w słońcu zieleniąca; owieczki się pasące razem z lwami, rozkosznie popierdujące z samozadowolenia... Nie to co Leszek Trębski prezydent - owszem też wytrwale przekształcający opuszczony przez wojsko, Boga i ludzi poligon w „Nizinne Uzdrowisko Gminne”, lecz nie z użyciem własnych narzędzi, nie swoimi rękoma i nawet nie za osobiście zarobione pieniądze, ale za to z zawyżonym o dwa rzędy wielkości kosztorysem – na razie tylko biznesplanu i projektu infrastruktury, ale afera jest przecież rozwojowa, a prokurator chyba wyjechał na wakacje.

Wiara w Dadaizm
Motywem działania biednego, egipskiego chłopa była wiara w zapewnienie przestrzeni życiowej rodzinie i poprawa bytu kilku pokoleniom potomków, którym obiecano na tę okoliczność zwolnienie z podatków. Motywy Leszka Trębskiego ze Skierniewic są nieco mniej jasne. Zapewnienie bytu rodzinie - owszem, ale wydaje się, że głównie to chodzi mu o uleczania chromych i cierpiących wodnym roztworem soli kuchennej niejodowanej. Wzorem Jezusa z Nazaretu. Tyle, że chce za to brać pieniądze. Duże pieniądze. Obrzydliwe? Nie! Tylko csiii... Bo to będą pieniądze z NFZ-tu. Niczyje. Tak tego NFZ-tu co groszem nie śmierdzi i wkrótce ogłosi bankructwo. I ewentualnie z Uni Europejskiej, jak da. Da, da, da... A w ogóle to czy w dobie niebywałego rozkwitu wiedzy i nowoczesnych technologii medycznych, ktokolwiek uwierzy w skuteczność takiego leczenia? Prezydent już wie, że tak! Da, da, da... W końcu healer Martin Aping z Filipin znów w Polsce! (ITS z 21.06.2013, oraz poprzednie i następne) Nas odpowiedź na to pytanie kosztować będzie jakieś 250 milionów plus odsetki.  Pięć tysięcy od każdego Skierniewiczanina, od kołyski aż po grób, co najmniej 20 tysięcy od każdego pracującego. Zakładając, że bezrobocie nie wzrośnie. Da, da, da...
Nic tylko sprzedać chałupę póki w cenie i kupić coś w bezpiecznej odległości od wciąż rozszerzających się granic administracyjnych Skierniewic. Da, da, da...

Magika nam trza! Ojca Chrzestnego dwa.
Dobrze, że chociaż mamy w mieście takie postaci świetlane jak „Ojciec Chrzestny” ścieżek rowerowych pan Andrzej Gruda - pomyślałem. Nim zastąpimy szaleńca. Kiedy doczytałem się, że przez osiem lat budowania stu tysięcy centymetrów ścieżki wzdłuż ulicy Rawskiej tip-topami, nasz bohater ani razu nie machnął nawet łopatą, mój podziw dla jego talentów organizacyjnych jeszcze wzrósł. Co prawda na chwilę, ale wzrósł. Dla Leszka Trębskiego też przecież kiedyś wzrósł... Autentyczny magik z czarodziejską różdżką ten Gruda! To nic że z papier-marche, biurokratyczną. Kiedy jednak w końcu do mnie dotarło, że ścieżkę to on wydeptał i to niejedną, ale w miejscach zupełnie nie nadających się do jazdy rowerem i że swoje osiągnięcie pragnie teraz upowszechniać na skalę masową, młodych zarażać, to mój entuzjazm opadł. A nawet poczułem lekki dreszczyk grozy. No bo czy rzeczywiście potrzeba nam więcej takich ścieżek wielopasmowych stąd do urzędu?

„Chcę by powstała ścieżka rowerowa – zadeklarowali wszyscy proboszczowie miejscowych parafii, mundurowi, lekarze, posłowie, dyrektorzy, naczelnicy, szeregowi urzędnicy, radni, uczniowie, matki, sprzedawcy...”

                               Artykuł pt: „Szło ciężko, ale jest szczęśliwe rozwiązanie” Głos z 04.07.2013


Zadeklarowali? Zadeklarowali. Zadeklarowali!

wtorek, 9 lipca 2013

Hołota się szamota



„My mieszkańcy bloku przy ulicy Norwida 11 nie wyrażamy zgody, by nasz blok był malowany kolorem niebieskim. Kolor ten wywołuje agresję  u mieszkańców.”

Głos z 27czerwca 2013 str nr 5

Widać agresja mieszkańców bloku przy Norwida 11 w Skierniewicach nie jest zbyt groźna, bo się nią nie przejął pies z kulawą nogą. Tak, mam na myśli właśnie to wredne psisko co obsrywa trawniki w całej naszej „Małej ojczyźnie”! A także chodniki i place zabaw dla dzieci. Niereformowalne, tępe, stare psisko, któremu można tysiąc razy powtarzać, a ono i tak wie swoje i niczego już się nie nauczy. Nikt się nie przejął „agresją mieszkańców” - pożal się Boże - poza (ma się rozumieć) dziennikarzami inaugurującymi właśnie kolejny sezon ogórkowy. Oni to teraz będą mieć ujeżdżanie bez trzymanki i ubaw po pachy. Mam nadzieję.

Groźba - moi kochani - musi być realna!
Nie tylko tą, wywołaną kolorem niebieskim „agresją u mieszkańców”, nikt się nie przejął, ale w ogóle jakimkolwiek kolorem. Na przykład czerwonym. Budynek przy Norwida 11 jak do tej pory nie został otoczony szczelnym kordonem zomowców. „Bój to jest nasz ostatni”. Nie słychać odgłosów bitwy, pieśni religijnych i innych dodających otuchy, lub zagrzewających do wytrwałości w walce, jak pod krzyżem przed pałacem namiestnikowskim. „Krwawy skończył się trud.” Nie słychać megafonów wzywających do rozejścia się, rozczłonkowania, zachowania spokoju, rozsądku... Ani nawet karetek pogotowia na sygnale nie słychać (Są jeszcze takie w SKC? Czy biznes ten już całkiem przejęły bojowe wozy strażackie?). „Gdy związek nasz bratni, ogarnął ludzki ród.”
Zarządcy Skierniewickiej Spółdzielni Mieszkaniowej nie wyłączają swoich komórek, nie ukrywają się panicznie na wcześniej zaplanowanych zwolnieniach lekarskich, urlopach, czy emeryturach, jak to mają w zwyczaju w sytuacjach prawdziwego zagrożenia posadek. „Ruszymy z posad bryłę świata”. Nie szykują sobie nawet tradycyjnych dupochronów – bardziej elegancko zwanych absolutoriami, na które rozpoczął się właśnie sezon w skierniewickich przepompowniach grosza publicznego do prywatnych kieszeni. Ot, nadal świętują zwycięstwo jakie darmokratycznie odnieśli na niedawnym „walnym” (odwalili?) , w majestacie obowiązujących przepisów, nad naiwnością frajerów zwanych „członkami spółdzielni”. Członkosiami. „Dziś niczym jutro wszystkim – My”. Co najwyżej właśnie zwiększają swoje pensyjki, z tego tytułu, o tych parę nędznych nadgodzin i dodatków szkodliwych.
Lokalni włodarze z tej okazji wymieniają z nimi, a może też i między sobą, porozumiewawcze uśmieszki politowania, lub uwagi w rodzaju tej zamieszczonej w tytule niniejszego felietonu. I tak jest zawsze, i tak jest ze wszystkim, i tak będzie na wieki! A przynajmniej dopóki groźby mieszkańców ograniczać się będą do agresywnego kiwania dużym palcem w lewym bucie i żałosnego utrwalania drukiem w lokalnej prasie nieprzemyślanych jęków, kwęków i narzekań.

Pocałowali klamkę
Jacy mieszkańcy, tacy też i ich demokratycznie wybrani przedstawiciele. A przynajmniej tak stoi w art. pt: „Pocałowali Klamkę” (Głos z 27.06.2013) autorstwa pana Marcina Niklewicza, opisującym zabawne perypetie trójki rajców miejskich z administratorem pewnej sali, do gminy należącej, który uważa, że ma w tym przybytku wyłączność na narzucanie tematów dyskusji. Może faktycznie ma? Posiada, dostał? Nawet w odniesieniu do właścicieli.
Nie pierwsza to klamka do całowania i chyba nie ostatnia dla radnego Jarosława Chęcielewskiego, wraz z przyjaciółmi.
Gdy się przyzwala byle arogantowi na połajanki i publiczne odsyłacze na poniżające szkolenia (patrz art pt: „Absolutorium dla prezydenta i recenzja rządów Leszka Trębskiego” - Głos z 27.06.2013) , to później nie można się dziwić, że tych szkoleń się doświadcza. Czy to w Zespole Szkół nr 4, czy gdziekolwiek. Pozostaje tylko pocieszyć się, że szkolił sam jego magnificencja dyrektor Sadowski Jarosław osobiście, a nie zostawił tego zaszczytnego obowiązku jakiejś sprzątaczce, czy byle cieciowi; albo... Albo wsadzić chama na taczki z właściwą kulturą jakiej sam nauczył i wywieźć gdzie jego miejsce.

A gdzież jego miejsce?
Tego to chyba pana radnego Chęcielewskiego, wraz z przyjaciółmi, już nauczyło inkryminowane szkolenie? No bo jeśli nie, to trzeba będzie powtórzyć. Na pewno nie w publicznej szkole! Nie na nauczycielskim stolcu przy młodzieży chowaniu, a zwłaszcza stołku dyrektorskim.
Podpowiem dla ułatwienia, że tam jego miejsce, gdzie słowo jego i słowo honoru.
Tymczasem nasi radni pokornie podkulili ogonki i poszli, do pobliskiego kościoła poskarżyć się panu Bogu. Szczęście, że jest ten kościół. Jaki jest, taki jest, ale przynajmniej mamy gdzie się pożalić, przed deszczem i ludzką głupotą schronić, o więcej rozumu pomodlić. Niewiele to pomoże ale przynajmniej nerwy zszargane ukoi. Tylko proszę mnie tu zaraz o herezję jaką straszliwą nie posądzać! Przecież Bóg dawno już temu obiecał, że pomagać będzie tylko tym co sami pomagają. Osobiście, tak sobie, jak i innym. Teraz, a nie za godzinę. Amen.


piątek, 28 czerwca 2013

Publiczny gwałt zbiorowy na pięcioletnim skierniewiczaninie



„Uraz psychiczny doznany w dzieciństwie, odciska swe piętno na całym dorosłym życiu pokrzywdzonej osoby”

„ Od dwóch lat staram się uświadomić władzom konieczność zajęcia się pedofilią w sposób systemowy. Nadaremno”

„Dlaczego władze naszego miasta pozostają bierne wobec tego problemu? Hojną ręką przydzielają pieniądze organizacjom pozarządowym na [...]zadania, których realizacji nie można skontrolować a efektów często nie widać”

                               Alicja Cyrańska – radna skierniewicka ( art. pt: „pedofilia uwagi nie warta?” Głos z 20.06.2013)

„Do zdarzenia doszło 5 czerwca przy ul Sosnowej w Skierniewicach – informuje prokurator Krzysztof Kopania”
                               Roman Bednarek art pt: „Poeta podejrzany o gwałt na pięciolatku” - ITS nr 25 z 21.06.2013

Alicja Cyrańska jest radną nieskuteczną. Ci co poszli na nią głosować, zmarnowali tylko czas. Od dwóch lat pani ta nie potrafi wymusić w skierniewickim samorządzie złamanego grosza, nawet na tak atrakcyjne przedsięwzięcie jak „Zły dotyk”. Sama się do tego przyznaje na łamach ostatniego „Głosu”. „Zły dotyk” to program realizowany przez fundację „Dzieci Niczyje” za pieniądze też niczyje. Żadnych innych zasług dla społeczeństwa ta pani nie posiada. Chyba że ma, ale przez wrodzoną skromność i dobre wychowanie  się tym zbytnio nie chwali. Zwłaszcza  w prasie.
Gdyby chociaż wzięła się i przekopała przez protokoły z ostatnich przetargów miejskich... Ale na tym to się trzeba znać. Nie wystarczy mieć kwalifikacje.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Jedni mają jaja, a inni sypią w worki piasek



„Do układania worków z piachem musiał się rzucić sam prezydent miasta”
                                                                        ITS nr 23 z 07.06.13, art pt: „Zalewanie Skierniewic”

„Jeśli chodzi o targowisko prezydent zapewnia, że kanalizacja została tam przepchana. Jeśli to nie pomoże, miasto będzie domagać się poprawek od firmy modernizującej targowisko”
                                                                        to samo jw. źródło, autorstwa Agnieszki Kubik

Popadało trochę i już mamy doroczną parodię prawdziwej klęski żywiołowej w całym regionie, z wyjątkiem Rawy Mazowieckiej. Prezydent Skierniewic energicznie przepycha kanalizację, rzuca się do układania worków z piachem gdzie popadnie, zamieszcza w prasie pochwały i podziękowania pod adresem ofiarności strażaków i oczywiście szuka kolejnych okazji, żeby za pieniądze gminy reklamować swoją szanowną osobistość. W końcu do wyborów już niedaleko i trzeba ruszać z akcją wdrukowywania pozytywnego wizerunku w pamięć krótkotrwałą elektoratu. Ciekawe czy ma chociaż świadomość, że parodiuje pijarowskie działania słynnego prezydenta Wrocławia - Bogdana Zdrojewskiego z czasów „powodzi stulecia” anno domini 1997.r. Ale chyba tak, bo podobno lustrując gospodarskim okiem gnijące ziemniaki w zalanych piwnicach, nuci sobie pod nosem pamiętny hymn zespołu Hey „Moja i twoja nadzieja".
Zdrój, Zdrojowy, Zdrojewski, Kariera, Uzdrowisko...
„Nic na prawdę nic Ci nie pomoże, jeśli Ty nie pomożesz dziś miłości...”

A w mieście bieda.
A to komuś zalało piwnicę, ze względów oszczędnościowych nie wyposażoną w izolację przeciwwilgociową, a to podczas osuszania tejże piwnicy strażacy wypłukali glinę spod fundamentów i chałupa siada jak szurnięta kwoka na zbukach. Dziwne nie? Wszyscy gdaczą. Gryzą komary. A woda stoi i kwitnie. Także na nowoczesnym, niedawno zaprojektowanym i oddanym do nieużytku targowisku miejskim. A ulicami Skierniewic płyną rzeczki do „moża”, zamiast jeździć samochody (szkoda gadać); tudzież znów zapadają się, lub wypiętrzają nawierzchnie dróg i chodników jak okiem sięgnąć. Plaga.

Odpowiedzialna rola lokalnej prasy
Prasa lokalna docieka przyczyn tej corocznej klęski i nie znajduje. Albo znajduje jedynie w porównywaniu różnic podejścia do inwestowania w budowę kanalizacji deszczowej pomiędzy władzami Skierniewic, a  sąsiedniej Rawy Mazowieckiej. Fakt, tam się szarpnęli i kompleksowo wybudowali nowoczesną sieć, podobno porządną, ciężką, ogromną... i problemu nie mają. Podobno. Ale nie mają za to też uzdrowiska, ani rewitalizacji parkanu wokół zabytkowego parku. Nie mają już również 65 milionów.
Dla mnie to podejrzana sprawa, że tak drogo ich kosztowała zwykła deszczówka. Aż nie chce się wierzyć, że nie można było taniej zapewnić spokojnych snów Eugeniuszowi Górajowi – burmistrzowi Rawy. Moim zdaniem, w większości przypadków, wystarczyłoby przekopanie przez warstwę gliny kilkunastu studni chłonnych w strategicznych punktach, po kilkadziesiąt tysięcy złotych sztuka, które odprowadzałyby wody opadowe z lokalnych sieci odwadniających, wprost do warst wodonośnych. Podejrzewam tu pewne analogie i paralele do pączkowania kosztów skierniewickiego targowiska, parku i uzdrowiska. Studnie chłonne to ci wszyscy biurokraci świetnie potrafią instalować, ale tylko w budżecie. Dlatego trzeba nieustannie patrzeć im na łapska. Lecz to nie moja broszka. Nich się tym kłopoczą patrioci rawscy.

Jak bajka
A wiecie, że istnieją miasta na świecie, które inwestują dwu trzykrotnie mniej w budowę i utrzymanie infrastruktury niż Skierniewice? O Rawie nie wspominając. Dotyczy to również dróg, ścieżek rowerowych, oraz chodników. Mimo tego mają je w o wiele lepszym stanie technicznym, zapewniającym wysoki komfort życia, nieosiągalny dla mieszkańców Skierniewic, ani nawet Rawy. Nikt tam nie tapla się w błocie po byle deszczyku, nie łamie nóg ani samochodowych resorów na pofałdowanej, popękanej i klawiszującej nawierzchni. Raz zrobiona jezdnia, czy chodnik służą tam obywatelom przez pokolenia, a nie trzy, góra cztery sezony.
Jak to możliwe? Otóż niektórym po prostu pomaga klimat i warunki naturalne. Szczęściarze.  Inni sukces zawdzięczają wiedzy, doświadczeniu nabytemu w drodze wieloletniej obserwacji lokalnej specyfiki zjawisk przyrodniczych, oraz nowoczesnym technologiom. Skierniewice nie mają ani tego, ani tego, ani tego, ani tego... Ergo mają przechlapane.

Gdyby Skierniewice leżały...
Gdyby Skierniewice leżały na przykład w Południowej Anglii to co innego. Wtedy temperatura praktycznie nie spadałaby poniżej zera przez okrągły rok. Nie znany więc byłby im problem szkód drogowych związanych z zamarzaniem wody. Nikt nie musiałby wtedy po każdej zimie łatać rakowin i przeciekających wodociągów, wyrównywać fałdów nawierzchni. A latem temperatura raczej nie wzrastałaby powyżej 30 stopni Celsjusza. Dzięki czemu nie byłoby też problemu z roztapianiem się smołówek grzecznościowo zwanych „asfaltem”, lub pękaniem betonu i  kruszeniem nawierzchni na skutek rozgrzewania. O skutkach zimowego przesolenia już nie wspomnę. To sprawa inteligencji inteligencji pracującej miast i wsi. Z czego morał taki, że skierniewiccy projektanci i budowniczowie dróg świetnie by sobie radzili w Południowej Anglii. Cieszyliby się tam niezasłużonym autorytetem i zarabiali w funtach. Dodatkowo nie musieliby płacić ZUS-u ponieważ go tam nie ma. Przez to wiek emerytalny musieliby ustalać sobie sami, a nie za pośrednictwem Sejmu, co dla nieprzyzwyczajonych stanowi nie lada kłopot.

O niebo lepiej
Ale nawet w Polsce są regiony gdzie jest o niebo lepiej. Na przykład miejsca, w których podłoże gruntowe jest piaszczyste lub żwirowe, przepuszczalne dla wody. Takie podłoże to skarb. Zupełnie w naturalny sposób zapewnia ono odprowadzenie nadmiaru wilgoci z dróg i chodników głęboko w grunt. Gdzieś tam, do warst wodonośnych gdzie żyją sobie studniczki. Poniżej strefy przemarzania (dla SKC ok 1,2 metra). Tam też, nawet  gdy jak zwykle projektanci, lub wykonawcy spieprzą robotę, nic złego się nie dzieje. Bo nie ma w drodze wody, która przy spadku temperatury niżej zera mogłaby zamienić się w lód i wszystko rozsadzić, skruszyć, rozpieprzyć i powypiętrzać w formie muld.

Wszystkie plagi na nas
Takiego szczęścia nie mają Skierniewice. Tutaj każdy błąd w projekcie i każdy przekręt na materiałach budowlanych, dosłownie wypływa na wierzch zaledwie w ciągu kilku sezonów. Osiwieć można! Na prawdę trzeba wiele się natrudzić, nagłówkować żeby cokolwiek ukraść. Dobrze chociaż, że wszyscy tutaj nauczeni są udawać, że niczego nie widzą, o niczym nie wiedzą, inaczej nie dałoby się  już zachować tradycyjnego stylu życia. Ale i tak jak się nie ma poparcia prezydenta to można normalnie zbankrutować na ciągłych poprawkach reklamacyjnych.
Niestety takie główkowanie ma swoją cenę. Od pokoleń pochłania całą pojemność i przepustowość mózgowej substancji szarej tutejszych intelektualistów. Nic więc dziwnego, że nigdy nie starczało już mocy obliczeniowej procesora, oraz RAM-u do analizowania powszechnie widocznych faktów obiektywnych, dostrzegania w nich prawidłowości, wyciągania wniosków i gromadzenia wartościowych doświadczeń.

Na przykład
Niby wszyscy wiedzą, że Skierniewice w większości są położone na grubej warstwie gliny, która nie pozwala wodzie opadowej swobodnie infiltrować do głębszych, przepuszczalnych warstw gruntu. Ale od setek lat jakoś nikt nie wpadł na pomysł, żeby wywiercić w niej parę dziurek i pozwolić wodzie odpłynąć zgodnie z prawem grawitacji. Stoi więc taka deszczówa sobie bezczelnie i kwitnie, normalnie zalega na powierzchni póki nie odparuje. Albo póki prezydent jej nie wypompuje, nie poczęstuje workiem z piaskiem. Stoi i podtapia wszystko wokoło, z nudów, a potem jeszcze kumuluje się w glebie. Być może to wspaniałe warunki dla rolnictwa, gleba jest wilgotna i zapewne żyzna. Być może... Ale dla  infrastrukturników komunalnych to istna plaga.

Druga strona medalu
Z drugiej jednak strony, jakby tak nagle znalazło się proste i tanie rozwiązanie, dzięki któremu problem pseudopowodziowy zniknąłby jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, co by się stało z tą całą rzeszą budowlanych firm i firemek, rok w rok znajdujących i dających zatrudnienie przy usuwaniu skutków działania pogodowych żywiołków, jak i zwyczajnych partaczy? Czy stać nas na to? Czy jesteśmy w stanie spokojnie patrzeć kiedy zacznie podupadać kolejna gałąź lokalnej gospodarki? Jedna z najważniejszych w regionie! Oto jest pytanie.



wtorek, 18 czerwca 2013

Symptomy uzdrowiskowego szaleństwa



„Cieszę się, że na mapie rozwoju społecznego Polski Skierniewice są w ścisłej czołówce”

„ Po pierwsze terytorium miasta powiększyło się o 152 ha dawnego poligonu, gdzie w przyszłości może powstać uzdrowisko. Po drugie podpisaliśmy porozumienie z Makowem o współpracy w tym zakresie”

                                                               Leszek Trębski – prezydent Skierniewic (ulotka reklamowa z 12czerwca 2013)

„Sceptycyzm wobec projektu utworzenia w mieście uzdrowiska jest niczym nie uzasadniony”

                prezydent Trębski – na spotkaniu z młodzieżą (05.06) w Gimnazjum nr 3 w SKC – Głos z 13.06.2013

No ten sojusz „po drugie” z Makowem całkiem mnie rozbroił. Rzeczywiście świetny to powód  do przechwałek. Ale do rzeczy... Tematem dzisiejszej pogadanki  nawiążemy do propagandowej ofensywy jaką rozpoczął prezydent Trębski zlecając tygodnikowi ITS, oczywiście na koszt podatników, druk i kolportaż bezpłatnej ulotki propagandowej zachęcającej skrzynki pocztowe obywateli Skierniewic do weselenia się z okazji zatwierdzenia przez rządową biurokrację obszaru ochrony uzdrowiskowej na terenie dawnego poligonu wojskowego. Radują się więc nasze skrzynki na listy tym odświętnym daniem, odrywającym  je choć na chwilę od codziennej monotonii Telepizzy, pseudopromocji Lidla, Tesco czy Castoramy, oraz złodziejskich chwilówek.
Ale do rzeczy, po raz drugi.
W stosunku do liczby ludności i potencjału gospodarczego, Skierniewice zajmują zbyt duże terytorium. I oczywiście ponoszą tego konsekwencje. Chociaż mało kto z autochtonów ma tego świadomość. Nadymanie się z powodu inkorporacji kolejnych 152 hektarów, jak czyni to prezydent Trębski, to czysta demagogia, albo... Brak słów.
Propagandowe pompowanie entuzjazmu mieszkańców,  borykających się codziennie z jakimiś skutkami niedoinwestowanej, jak guma rozciągniętej infrastruktury, (vide ostatnie powodzie i podtopienia) do ponoszenia kosztów niedozbrojenia kolejnych nieużytków,  jest ekonomicznym samobójstwem. W normalnych krajach, gdzie większość wyborców wykracza ponad poziom dojrzałości gimnazjalisty, autora takich pomysłów już by odizolowano od wpływu na warunki życia społeczeństwa.

W poszukiwaniu równowagi
Żeby miasto stanowiło spójny organizm, wydajny i dobrze służący realizacji potrzeb ludzi, jego poszczególne elementy muszą posiadać właściwe proporcje, oraz być ze sobą ściśle i wydajnie powiązane, ergonomicznie zaprojektowaną siecią infrastruktury: dobrej jakości dróg, chodników, kanalizacji, ścieżek rowerowych, wodociągów, trakcji elektroenergetycznej, telekomunikacyjnej, transportu publicznego, itd. Uff – chyba wymieniłem wszystko.
Wiadomo, że taka infrastruktura jest pioruńsko droga. Rozciąganie jej bez potrzeby to marnotrawstwo zasobów. Zawsze przecież szczupłych jak siedemnastolatka. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, iż kolejne kilometry kabli i rur obciążą hipotekę zubożałych mieszkańców, dodatkowo obniżając  na dziesiątki lat poziom ich konsumpcji. To, że przy okazji zubożą też zagranicznych frajerów, którzy złożyli się na unijną dotację, to żaden argument. A przynajmniej argument niemoralny. Byłoby pół biedy gdyby powstająca infrastruktura miała chociaż szansę zapracować na rzecz przyszłych pokoleń. Niestety jest więcej niż pewne, że te milionowe pomniki głupoty przez lata zgniją w szczerym polu, nie przynosząc żadnego pożytku nikomu, nigdy. No może poza kilkoma firmami, które wzbogacą się doraźnie na ich budowie i kilkoma cwaniakami, którzy przy okazji wydoją z budżetu miasta miliony na zawyżeniu kosztów projektu, materiałów budowlanych i robocizny. W przypadku uzdrowiska koszt projektu samej infrastruktury, został zawyżony przynajmniej dziesięciokrotnie! Za 1,5 mln można by załatwić taką dokumentację dla całych Skierniewic. Dla terenów dziewiczych, wolnych od punktów kolizji, gdzie  uwzględnia się jedynie rodzaj gruntów i ukształtowanie terenu, studenci inżynierii środowiska wykonują  takie projekty w jeden wieczór, za zgrzewkę piwa. A radni tymczasem zamiast łapać złodzieja, wolą publicznie  kreować się na ekspertów z dziedziny  molestowania seksualnego nieletnich, dziecięcej pornografii i przemocy w rodzinie (patrz artykuł pt: „Kto wymyślił problem?” w Głosie z 13.06.2013)

Krytyka inflacyjnego modelu „rozwoju”
Dodatkowe powiększanie terytorium miasta, to potęgowanie problemów już istniejących i dobrze wszystkim znanych. Zwłaszcza w sytuacji kiedy w obecnych granicach odłoguje mnóstwo obszarów nie mogących doczekać się uporządkowania.  Żeby temat lepiej zrozumieć, wyobraźmy sobie na przykład Skierniewice bez dzielnicy „Widok”. Wtedy cała jej ludność musiałaby zmieścić się na obszarze starszej części miasta. I zmieściłaby się! Z korzyścią dla estetyki przestrzeni publicznej i komfortu życia mieszkańców. Gotów jestem założyć się o milion złotych, że centrum nie przypominałoby wówczas stepowiejących, cuchnących uryną chutorów zachodniego Kazachstanu, lecz co najmniej dzielnice południowego Londynu, a może nawet Amsterdamu, lub Antwerpii. Przemieszczanie się z jednego końca miasta na drugi piechotą trwałoby wówczas krócej niż dziś komunalnym autobusem. Potężna dotacja do MZK zostałaby w kieszeni mieszkańców, albo byłaby przeznaczona na rozwój bezkolizyjnych ścieżek rowerowych, lub temu podobne. Za pieniądze, które do tej pory przeznaczono na klecenie i łatanie komunalnej infrastruktury, już by wybudowano wszystko co potrzeba i to z nawiązką.

Sceptycyzm uzasadniony
Kiedy czytam, że pan Trębski uważa iż sceptycyzm wobec jego uzdrowiskowych mrzonek „jest niczym nie uzasadniony” to pytam: jakich jeszcze uzasadnień mu potrzeba? Jeżeli ma jakieś wątpliwości co do skutków jakie przyniesie Skierniewicom jego akcja pod kryptonimem „uzdrowisko”, niech przestanie słuchać klakierów którym płaci pensje, a zamiast tego zrobi sondaż wśród ludzi, którzy utrzymują się z inwestowania własnych pieniędzy. Nie budżetowych, nie z pomocy społecznej, czy unijnych dotacji, ani z NFZ lub Ministerstwa Zdrowia, ale własnych, uczciwie zarobionych. Powtarzam:WŁASNYCH! Wtedy może do niego dotrze dlaczego nigdy żaden prywatny inwestor nie utopi grosza w tak beznadziejne przedsięwzięcie. Ale on to wszystko wie. Przecież nie jest głupi. Ale sorry Winnetou, biznes jest biznes. Jeszcze jedna kadencja, a potem  zwijamy interes i niech się wali i pali...
A co na to potencjalni kuracjusze? Żeby sobie na to pytanie odpowiedzieć wystarczy rzucić okiem na komputerową wizualizację Skierniewickiego uzdrowiska, z dumą ostatnio zamieszczoną w w/w ulotce. Toż to bardziej przypomina fabrykę traktorów niż uzdrowisko! Czy znalazłby się chociaż jeden desperat, który chciałby uśmierzać swoje zwyrodnieniowe schorzenia cywilizacyjne marszrutami po tak nieludzko nudnych i rozwlekłych pustaciach postindustrialnych? Uchowaj nas panie Boże! Potencjalni kuracjusza zawsze wybiorą Kamień Pomorski, Rabkę, lub Świeradów zdrój. I na to nie ma siły.



środa, 15 maja 2013

Zmniejszanie bezrobocia poprzez jego zwiększanie.



„Samorządowcy martwią się bezrobociem, ale niewiele są w stanie z nim zrobić. Mogą co najwyżej wabić inwestorów, aby budowali fabryki”

                                                                                              wg bed, rk  z ITS z 10.05.2013

„Możemy co najwyżej zachęcać firmy do inwestowania w mieście, oferując im atrakcyjne, uzbrojone grunty i stosując najprzeróżniejsze ułatwienia. Dzięki takiej polityce w tym roku powstały restauracje KFC i McDonald's, które zaoferowały kilkadziesiąt miejsc pracy.”

                                                                       Aneta Wolińska rzecznik UMSkc

Jak skierniewiccy samorządowcy wabią inwestorów? Wkładają kuse szorty, czy minispódniczki? Zamieszczają anonse na portalach randkowych, czy stworzyli zespół cheerleaderek?
Otóż nie! Oferują im możliwość bezkarnego uprawiania dumpingu wobec miejscowych podatników, oraz łapówki w postaci atrakcyjnych gruntów, uzbrojonych tych podatników kosztem, z dodatkowym pakietem tajemniczych „najprzeróżniejszych ułatwień”.
Co prawda to pierwsze przyniosłoby lepsze efekty gospodarcze, ale i tak nastąpił wyraźny postęp w porównaniu z czasami komunistycznymi.  Samorządowcy wówczas nazywani sekretarzami, lub baronami, nikogo nie wabili. Sami brali się za budowanie fabryk i marketów. Oczywiście nie stawiali ich własnym kosztem. Na rachunek podatnika namnożyli przestarzałych bubli i willi dla swoich rodzin. Komunizm nie spłacał zaciągniętych na te inwestycje kredytów więc zbankrutował.
Czy samorząd też zbankrutuje?

poniedziałek, 13 maja 2013

Zamiast ostatniego namaszczenia systemu – rozgrzeszenie i zakaz konkurencji.




„Zebrany materiał dowodowy nie wykazał by przyczyną zgonu kobiety były zaniedbania ze strony szpitala. Pacjentka cały czas znajdowała się pod opieką lekarską”

                                               Lidia Zarzycka - Rzepka – prokurator rejonowy w Skierniewicach (ITS nr 19 z 10.05.2013)

Przyczyną śmierci obywatelki, która zmarła na początku marca w skierniewickim szpitalu było złamanie ręki. Jest to fakt powszechnie znany i nie wzbudzający niczyich wątpliwości, mający  swoje odzwierciedlenie w materiale dowodowym zebranym przez panią Lidię Zarzycką-Rzepkę –  prokuratora rejonowego; jak i nawet w materiale dowodowym przez nią nie zebranym.
Ewentualne zaniedbania ze strony skierniewickiego szpitala, gdyby nawet takowe się zdarzały, nie mogły mieć wpływu na śmierć tej osoby, ponieważ gdy łamała sobie rękę, nie była jeszcze  pacjentką szpitala, a jak już nią została, to wszystko odbyło się zgodnie z obowiązującymi ustawami i przepisami szczegółowymi właściwymi dla systemu, dokładnie według zatwierdzonych procedur, rozporządzeń i instrukcji. Pacjentka przez cały czas, bez żadnych przerw, znajdowała się pod nadzorem uprawnionego lekarza, a szpital dokładał wszelkich starań, żeby szczegółowo wypełnić wymagania wszystkich przepisów. Szpital robił znacznie więcej, czego dowodzi choćby ściągnięcie specjalnie dla niej karetki aż z Łodzi (ponad 70 kilometrów!) w celu przewiezienia jej na Odział Intensywnej Opieki Medycznej, gdzie miała wybrać się z wizytą.

Każdy sobie jest kowalem własnego losu
Jak na ironię skierniewicki OIOM, o którym mowa, znajduje się zaledwie kilkadziesiąt metrów od Oddziału Ortopedycznego, na którym pacjentka przebywała. Dosłownie po przeciwnej stronie wewnątrzszpitalnej uliczki. Zamiast więc po prostu urządzić sobie dwuminutowy spacerek na świeżym powietrzu (w końcu nie złamała nogi tylko rękę), zamówić taksówkę, rikszę lub lektykę, staruszka wolała czekać 1,5 godziny w dusznym korytarzu Oddziału Ortopedycznego na przyjazd karetki aż z Łodzi. Jedyną winą lekarza zapewniającego jej stałą nieprzerwaną opiekę medyczną w tym czasie, było co najwyżej to, że nie wpadł na pomysł, żeby taki spacerek dyskretnie jej zalecić, albo chociaż zasugerować. No ale wówczas lekarz nadzorujący ten przypadek mógłby zostać posądzony o przekroczenie obowiązujących procedur medycznych, a nawet złamanie przepisów szczegółowych i wewnątrzszpitalnych instrukcji, co z pewnością znalazłoby odzwierciedlenie w materiale dowodowym zebranym przez panią prokurator Rzepkę i mielibyśmy drugiego kozła ofiarnego. Zaraz po pani Grażynie Krulik. Ponieważ nic takiego nie nastąpiło, oczywistym jest, że prokurator nie miał podstaw do dopatrzenia się związku pomiędzy zaniedbaniami szpitala, jakiekolwiek by one nie były, a śmiercią pacjentki.

Kto o czym wiedział od początku ?
Pani była dyrektor szpitala Grażyna Krulik jak i pan Dariusz Diks pełniący tylko jej obowiązki, od początku wiedzieli, że prokuratura umorzy śledztwo. Skąd wiedzieli, nie powiedzieli Agnieszce Kubik - dziennikarce ITS-u (art. pt: „Szpital bez winy” ITS nr 19 z 10.05.2013), a ona zapewne nie śmiała naciskać na tak znamienite persony. Jedno jest pewne: nie dowiedzieli się tego od pani prokurator Lidii Zarzyckiej-Rzepki, bo przecież w tym czasie była zajęta zbieraniem materiału dowodowego. No chyba, żeby miała zdolność jasnowidzenia? No ale gdyby takie zdolności posiadała zostałaby wróżką. Nie potrzebowałaby wtedy jako budżetowy pracownik kiepsko opłacanej prokuratury,  łamać sobie głowy nad tym, co wykazuje zebrany materiał dowodowy, a czego nie? Czy dalej zbierać, czy całe to zbieractwo już umorzyć? Zamiast owego nudziarstwa wygrywałaby spokojnie miliony w Totalizatorze Sportowym, albo na wyścigach konnych.
Być może przeciek nastąpił w „Resorcie Zdrowia” (co to jest resort zdrowia?) o czym świadczy wypowiedź pani Krulik (na str. 2 ITS nr 19): „Wiem o tym z nieoficjalnych źródeł, bo minister do tej pory nie przesłał wniosków pokontrolnych”. Czy ten tajemniczy „Resort Zdrowia” to po prostu minister?

Wnioski pokontrolne
Tak więc drogi czytelniku, mieszkańcu Skierniewic, jeżeli zamierzasz złamać rękę i życzysz sobie by z tej przyczyny winę za twoją śmierć ponosił szpital, to musisz dokonać złamania na jego terenie, ale poza troskliwą opieką uprawnionego lekarza. Oczywiście póki co, możesz wybrać sobie do swoich celów dowolną placówkę finansowaną z NFZ, oprócz szpitali MSW. Te jak wiadomo są zastrzeżone dla Rządu i ministerialnych urzędników, urzędników wyższego szczebla NFZ, ZUS, KRUS, sędziów, prokuratorów itp.
Niestety już wkrótce swój zamiar będziesz mógł zrealizować tylko na terenie Szpitala Skierniewickiego, ponieważ „Zarządzający służbą zdrowia w mniejszych ośrodkach w Łódzkiem z nadzieją czekają wprowadzenia [...] zakazu konkurencji.” (głos z 9 maja 2013 art. pt: „Szpital w Gorączce”) Gorąco polecam ten artykuł szanownym czytelnikom. Można się z niego dowiedzieć czym jeszcze oprócz „z nadzieją czekania wprowadzenia” zajmują się na co dzień „zarządzający służbą zdrowia w mniejszych ośrodkach” tacy jak pani Grażyna Krulik i Dariusz Diks.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Bzdura czy nowoczesna, skierniewicka technologia?



„Twierdzenie, że w parku nie będzie miejsca zaprojektowanego i zorganizowanego z myślą o najmłodszych to nieporozumienie”

                                               Piotr Łyżeń – wiceprezydent miasta w Głosie z 18 kwietnia 2013

Jeszcze kilka miesięcy temu, właśnie to „nieporozumienie” stanowiło trzon stanowiska Piotra Łyżnia i Leszka Trębskiego – prezydentów Skierniewic. Skąd odwrócenie fundamentalnych wydawałoby się dogmatów, dokładnie o 180 stopni? Wcześniej błagania mieszkańców o zachowanie placu zabaw dla dzieci w skierniewickim parku były przez władze ignorowane, a autorzy tych próśb wyniośle wyszydzani jako dyletanci niemający zielonego pojęcia o tak skomplikowanych operacjach logistycznych jak „Rewitalizacje Zabytkowych Parków”.

Najważniejsze, że forsa wciąż płynie we właściwą stronę
Dogmaty dogmatami, a dla skierniewickich prezydentów najważniejszym wydaje się było to, by finansowanie „Ogródka Jordanowskiego” nie weszło w skład kosztorysu przedsięwzięcia. Dowód? Bo go tam wciąż nie ma! Plac zabaw ostatecznie w parku zgodzili się pozostawić, ale nie za darmo. Podatnicy będą musieli wyłożyć dodatkowe środki na sfinansowanie jego przeniesienia 50 metrów dalej. Tak przynajmniej uważają nasi łaskawcy. Dla osłody mamią atrakcyjnymi konstrukcjami i wiszącymi w powietrzu ścieżkami z desek. Normalnie dech zapiera... Teraz ruch znów należy do mieszkańców. W związku z powyższym proponuję, żeby zamiast wysupływać kolejne miliony, podatnik poszukał „rezerw” w wyprodukowanym przez firmę „TB Inwest z Gdańska” bardzo tajemniczym kosztorysie prac projektowanych. Tak tajemniczym, że nie ma nawet pewności czy w ogóle istnieje.
Na początek trzeba wymusić jego upublicznienie. Przewiduję tu duży opór materii. Mam dziwne przeczucie, że w 12,5 milionach złotych (czy tam 16,8 sam już nie wiem. Chyba specjalnie tak mącą z tymi milionami?) zaklepanych w Ratuszu na finansowanie rewitalizacji parku spokojnie zmieści się enklawa dla najmłodszych. Wystarczy odpowiednio nacisnąć. Intuicja podpowiada mi nawet, że można by tam wcisnąć jeszcze wiele innych cudów na kiju. Może nawet „Słoneczny Bulwar” i skrót rowerowy wiodący od Widoku do Rynku? (szczegółów szukajcie we wcześniejszych moich felietonach).

A wszystko dzięki zaletom systemu „Buduj i Projektuj”
O „walorach” wynalezionego przez pana Łyżnia i Trębskiego systemu „B&P” pisałem już w październiku 2012 roku w felietonie pod tytułem: „Skierniewice pięknieją dzięki systemowi Buduj i Projektuj”. Poza wymienionymi tam „zaletami” ma on jeszcze i tę, że pozwolił zwycięzcy przetargu na swobodne kształtowanie skali i zakresu projektowanych robót. Toż to marzenie wszystkich wykonawców! Najpierw pozbyć się konkurencji w odpowiednio ustawionym przetargu, a potem swobodnie zwiększać, lub zmniejszać sobie zakres pracy w ramach tych samych pieniędzy, ma się rozumieć. Do tej pory wykonawca raczej go zmniejszał... Chyba nikogo to nie dziwi? Oczywiście za przyzwoleniem, błogosławieństwem, a nawet medialnym parasolem ochronnym, troskliwie roztoczonym przez skierniewickich prezydentów. Ech, żeby oni byli chociaż w połowie tacy uczynni dla swoich podatników... To nic, że w ten sposób włodarze Skierniewic otarli się o śmieszność. Krótkoterminowa śmieszność buforowana w świadomości opinii publicznej przez 2 tygodnie góra miesiac, to żadna uciążliwość, zwłaszcza w porównaniu z dziesięcioma latami więzienia jakie grożą bezrobotnemu, który ukradł gaśnicę z Instytutu Ogrodnictwa („Z notatnika skierniewickiego policjanta” - Głos z 18.04.2013). Ciekawe ile dostaną złodzieje, którzy ukradną z parku kamery monitoringu? Ci którzy czytali opowiadanie Marka Twain'a pt: „Dzwonek alarmowy” wiedzą o co chodzi.

Pańskie oko (wał)konia tuczy?
Zapewne z przyczyny stworzenia raju dla wykonawców najważniejszymi (najkosztowniejszymi?) pozycjami w rewitalizacji parku stały się tzw pielęgnacyjne wycinki drzew i sypanie żwirówek. Przynajmniej do takich wniosków można dojść czytając lokalne media. Aczkolwiek należy wziąć poprawkę na fakt, że dziennikarze mogą opublikować tylko to co im opowiedzą panowie Trębski i Łyżeń. Nie sądzę, żeby komukolwiek pozwalali bez swojego pośrednictwa węszyć w tajemniczym kosztorysie. Ale fakt, że eksponuje się roboty prymitywne, nie wymagające specjalnych kwalifikacji, możliwe do zorganizowania nieomal w ramach wartości pozyskanego drewna, czyli plewy, dowodzi że poza plewami nic tam wartościowszego być nie może. Na co więc w końcu pójdzie te 12,5 miliona?  Na płot? Sadzenie krzaczków? Kamery? Nawadnianie francuskiego ogrodu zlokalizowanego na nadłupiańskim mokradle? A może kasa pójdzie na pożal się Boże „projekt” - niedawno odkurzony w ITS-sie w rubryce „Wieści z Ratusza”?
Dziwne, że jakoś do tej pory nikt nie zauważył, iż system „Buduj i Projektuj” pozwala równie swobodnie zakres prac zwiększać! Oczywiście wciąż w ramach tych samych 12,5 miliona. Dlaczego tego nie wykorzystujemy? Potrzebna jest tylko dobra wola i troskliwe oko gospodarza.

Problem, że w Skierniewicach  dobrego gospodarza nie ma.
Gdyby był,  „Rewitalizacja Parku Prymasowskiego” zaczęłaby się od zebrania jak największej liczby pomysłów, które potem porównywano by i oceniano z najróżniejszych punktów widzenia. Najlepiej poprzez publiczną dyskusję. Wszystko po to, żeby uniknąć błędów, albo podejrzeń o malwersacje. W cywilizowanym świecie robi się to poprzez organizację konkursów architektoniczno-urbanistycznych na wykonanie koncepcji zagospodarowania. Do udziału w konkursie zaprasza się renomowanych architektów indywidualnymi zaproszeniami, wszystkich innych kampanią reklamową w prasie. Koncepcja nie wymaga spełnienia licznych ograniczeń formalnych, którym sprostać musi projekt budowlany i wykonawczy. Jej zaletą jest oszczędność czasu i niskie koszty wytworzenia. Zawiera jednak to co najważniejsze na starcie przedsięwzięcia: jednoznaczny zapis pomysłów. Czyli podstawowe rozwiązania formalne, funkcjonalne i wytyczne techniczne.
Ileż przy takiej okazji powstałoby ciekawych dyskusji w lokalnych środowiskach? Ileż tematów nie tylko dla czasopism regionalnych? Już to straciliśmy.

Zabezpieczenie przed syndromem Wieży Babel
Uczciwe regulaminy konkursów zwykle tak się konstruuje, żeby chciała i mogła w nich wziąć udział jak największa liczba utalentowanych twórców z całej Polski, a nawet Europy. A więc muszą kusić prestiżem, dostępnością, (ograniczenie wymogów formalnych, rezygnacja z wpisowego, itp) oraz stosunkowo dużymi nagrodami pieniężnymi (powiedzmy rzędu 20-30 tys złotych za pierwsze miejsce) i np. obietnicą zlecenia zwycięzcy wykonawstwa Dokumentacji Technicznej.
Chociaż moim zdaniem wystarczyłoby zwolnienie finalistów konkursu koncepcyjnego od kosztów wpisowego do przetargu na wykonanie Projektu Budowlanego. Wtedy w takim przetargu mogliby brać udział nawet Ci, którym z różnych względów nie powiodło się na etapie koncepcji, albo nie stać ich na zamrożenie tysięcy złotych w wygórowanym wadium, oraz spóźnialscy, czyli Ci którzy dowiedzieli się o zamierzonej inwestycji dopiero z publikacji wyników konkursu.
Oczywiście przy inwestycji takiej rangi projekt jest niezbędny! I to uzyskany uczciwie, w drodze publicznego przetargu. Nie tylko z powodu obowiązującego prawa, ale po prostu po to, żeby wszyscy uczestnicy przedsięwzięcia mogli się ze sobą porozumieć. Żeby wyborcy wiedzieli za co płacą, żeby radni, na każdym etapie inwestycji mogli sprawdzić szczegółowo ile kosztują poszczególne pozycje i czy miasto nie kupuje przypadkiem kota w worku. Żeby wykonawca wiedział co, jak, kiedy i z jakich materiałów ma wykonać i żeby prokurator mógł porównać skierniewickie ceny z cenami takich samych materiałów i usług w innych regionach kraju oraz za granicą.

„ ...ino pany nie chcą chcieć”
Tak się dzieje tylko wtedy gdy priorytetem gospodarzy jest uzyskanie jak największej liczby dobrych pomysłów i wyłonienie z nich tego najgenialniejszego, przynoszącego największe korzyści społeczne. Czyli wówczas gdy rządzącym zależy na jak najlepszym wykorzystaniu funduszy publicznych dla dobra wspólnego. Trębskiemu i Łyżniowi na żadnych pomysłach nie zależało. Żadnego konkursu na koncepcję nie ogłosili. Przetargu na Projekt Rewitalizacji również. Od razu przystąpili do realizacji własnego konceptu. Osławionego „Buduj i Projektuj”, czyli ogłosili przetarg na wykonawstwo. Bez pomysłu, bez projektu, bez zakresu robót, bez obawy posądzenia o głupotę, ignorancję, butę i korupcję.
Warunki tego przetargu zostały tak sprytnie sformułowane, żeby nie opłacało się w nim samodzielnie startować żadnemu architektowi ani poważnemu wykonawcy. Pracownie architektoniczne zostały wyeliminowane astronomicznym wadium w wysokości dwustu tysięcy złotych (jedna piąta miliona!), oraz przymusem wzięcia odpowiedzialności za pracę wykonawców. Poważnych wykonawców zaś wystraszono brakiem jakichkolwiek warunków początkowych. Uczestników przetargu zmuszono do spekulowania w ciemno, do szacowania kosztów niewiadomych robót, o nieznanym zakresie, na podstawie nieistniejącego kosztorysu i bliżej nieokreślonych terminach, do zaufania uczciwości komisji przetargowej, oraz równowadze psychicznej prezydentów.

A kuku, bęc...
A komisja za to im ten przetarg unieważniła tuż przed samym rozstrzygnięciem, podając za przyczynę najzwyklejszą bzdurę, ale spełniającą wymogi formalne. Skutek był taki, że co poważniejsi oferenci „aluzję” zrozumieli i drugi raz do przetargu nie przystąpili. Przypuszczam, że zgodnie z oczekiwaniami decydentów. To nie przypadek. Dowodzi tego fakt, iż parę miesięcy wcześniej podobną bzdurę przetestowano w przetargu na przebudowę targowiska miejskiego. Co to oznacza? A no pewnie to, że zaczniemy się z ową bzdurą spotykać częściej. Na przykład podczas przetargów na „inwestycje uzdrowiskowe”. Bo bzdura zadziałała! Jest skuteczna więc nie jest taką znowu bzdurą. To już chyba technologia?


piątek, 19 kwietnia 2013

System pogrywa na zwłokę roszadami




Chodzi o to by panowie poznali pracę w innych oddziałach, zapoznali się z praktykami wypracowanymi w innych placówkach”
                                                                                                              Beata Aszkielaniec rzecznik prasowy NFZ w Łodzi

W poprzednim felietonie apelowałem by dziennikarze za szybko nie porzucali tematu, który wypłynął przy okazji niedawnych, śmiertelnych skandali w skierniewickim szpitalu. Tematu tak ważnego, jak sprawność systemu opieki zdrowotnej, za którego usługi obywatele już przecież zapłacili. By dziennikarze pozwolili „filarom” tego systemu opowiadać dowolne bzdury, a potem tylko je publikowali. Rzetelnie bez upiększania. I oto wypada mi podziękować pani red. Annie Wójcik Brzezińskiej za uszanowanie mojego apelu. W Głosie z 21 marca przytacza ona wypowiedź pani Beaty Aszkielaniec - rzecznik prasowej NFZ w Łodzi - o głębokim sensie dokonania, akurat teraz, roszady obsady na kilku „kapitańskich mostkach” w lokalnym Systemie. Otóż kierownik NFZ Jacek Kaniewski ze Skierniewic właśnie został oddelegowany do pracy w Piotrkowie, a jego odpowiednika z Piotrkowa, Artura Olsińskiego, przeflancowano do Skierniewic. Roszada ta nie ma, wg. zapewnień pani rzecznik, żadnego związku z nagłośnionym w krajowych mediach faktem, skandalicznego wzrostu śmiertelności wśród pacjentów skierniewickiego szpitala, ponieważ była już wcześniej zaplanowana. Być może pani Aszkielaniec nie kłamie, być może „wcześniejsze zaplanowanie” to dla niej wystarczająco  przekonywujący dowód. Dziennikarz i tak nie był w stanie sprawdzić, albo nie uznał tego za wystarczająco ważne. My dociekać nie mamy potrzeby.  Wiadomość o samej roszadzie, jej okoliczności, jak i forma zakomunikowania, dość już nam mówi o naturze opiekującego się naszym zdrowiem systemu.

Kto gra w szachy wie
Roszada to trik taktyczny polegający na podstawieniu mniej wartościowego pionka w miejsce cennej dla gry figury, której pozycja akurat została zagrożona, zwykle śmiertelnie. Kto z kim tu pogrywa? W szachach prawo do skorzystania z przywileju roszady przysługuje wyłącznie królowi. Nie wiem jakie obowiązują reguły wewnątrz struktur systemu NFZ, ale z faktu, że operacja „roszada” zawsze wiąże się ze znacznym wysiłkiem, kosztami i ryzykiem publicznej kompromitacji, nie jest to narzędzie dostępne dla każdego i w każdych okolicznościach, ergo pan Kaniewski musi być kimś cennym dla systemu.
Pani rzecznik NFZ przekonuje nas, że nie ma niczego nagannego w ewakuacji z tonącego okrętu, w pierwszej kolejności kapitana. Pal licho kobiety dzieci i staruszki ze złamaną ręką. Mnie to nie dziwi, gdyż na tym właśnie polega praca rzecznika prasowego. Po to systemy (mające odpowiednie środki i coś na sumieniu) zatrudniają propagandzistów. W końcu ktoś musi fachowo wprowadzać w błąd natrętnych dziennikarzy, a za ich pośrednictwem opinię publiczną, czyli nas. Gdyby System nie miał nic do ukrycia nie potrzebowałby tworzyć posady zawodowego krętacza. Po prostu mówiłby prawdę. A prawda jest prosta i tania, jej mówienie nie wymaga specjalnych kwalifikacji. Jak głosi Pismo Święte:  „mowa wasza będzie tak tak, nie nie, a wszystko co poza tym, kłamstwem jest”.

Witajcie w polu
Dlaczego zatrudnia się rzeczników za nasze składki? Po pierwsze dlatego, że lepiej zatrudnić za cudze niż za swoje, po drugie innych pieniędzy nie ma. Cóż, na pewno da się jakoś wykazać, że i te wydatki są niezbędne dla naszego zdrowia...
Jest wysoce prawdopodobne, że inkryminowaną roszadę zrobiono po to aby dziennikarzy, a za ich pośrednictwem nas wszystkich, w pole wyprowadzić jeszcze skuteczniej. No bo wyobraźmy sobie, że do  kierownictwa NFZ odpowiedzialnego za finansowanie głupoty w skierniewickim szpitalu zgłosi się jakiś natrętny członek rodziny któregoś z „przypadkowo uśmierconych”, albo dajmy na to reporter prasowy. Wówczas zamiast zadręczać kłopotliwymi pytaniami pana Janusza Kaniewskiego i narażać go na nieuważne chlapnięcie czegoś kompromitującego dla siebie, lub co gorsza dla całego systemu, dowie się, że akurat tymczasowo (a ku, ku) zastępuje go Artur Olsiński z Piotrkowa, który oczywiście nic nie wie i za nic nie odpowiada bo właśnie przyjechał się szkolić. Wówczas naszemu dziennikarzynie pozostanie tylko wycieczka do Piotrkowa gdzie pan Kaniewski w pocie czoła, akurat też się szkoli i wymienia doświadczenia. Tam na pewno go nie zastanie, albo dowie się, że bez właściwych dokumentów, które pozostały w Skierniewicach, niewiele może on sobie przypomnieć.

Czy ktoś z nas robi durnia?
Oczywiście. Dlaczego? Bo pozwalamy na to. Czy mogę to wyłożyć jaśniej? Proszę bardzo.
Gdyby po serii wołających o pomstę do nieba śmierci, na terenie skierniewickiego szpitala, w prasie ukazała się informacja, że szef skierniewickiego NFZ pan Jacek Kaniowski odwołał (przełożył na spokojniejsze czasy) „zaplanowane wcześniej” szkolenia i wymianę doświadczeń z Piotrkowem, bo jako kapitan tonącego okrętu, czuje się w moralnym obowiązku osobiście stawić czoła okolicznościom, to było by w miarę normalnie i można by przypuszczać że stanowisko, które piastuje jest do czegoś społeczeństwu potrzebne. Albo przynajmniej że facet ma jaja. Roszada natomiast dowodzi nam niezbicie, że stołek ten można zlikwidować bez żadnej szkody dla naszego zdrowia. A przy okazji również odpowiadający mu stołek w Piotrkowie i wszystkie tego typu synekury w kraju. Bez względu na to kto akurat na nich marnuje swój czas i nasze pieniądze. Dlaczego wciąż utrzymujemy wszystkie te posadki? Dlaczego odejmujemy od ust naszym dzieciom i pokornie płacimy haracze? Czy ktoś nas do tego zmusza? Za zaoszczędzone na nich nasze składki można by przecież kupić całą masę specjalistycznych riksz skracających czas transportu chorych pomiędzy szpitalnymi oddziałami z 1,5 godziny do 1,5 minuty. Albo na przykład wesprzeć Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy.

Trębski przeprasza piarowców Arłukowicza i Owsiaka




Ministerstwo nie może uciekać od odpowiedzialności i zrzucać ją na dyrektora szpitala w Skierniewicach. Mam ogromne pretensje do ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza, który sobie Owsiaka wziął jako doradcę do spraw medycznych
                                                                                                              Leszek Trębski - Głos z 11 kwietnia 2013

„Zwycięzca programu typu reality show, który u swojego boku ma drugiego piarowca, serwuje sądy na temat dyrektora, który 30 lat przepracował na rzecz tej placówki. Przecież to się działo by na chwilę zaspokoić opinię publiczną, żeby samemu nie oberwać bo służba zdrowia kuleje. Chciano na chwilę odsunąć od siebie odpowiedzialność za system, znaleźć kozła ofiarnego”

                                                                                                              Leszek Trębski - Głos z 18 kwietnia 2013

„Oświadczam, iż celem mojej wypowiedzi była tylko i wyłącznie obrona dobrego imienia Miasta Skierniewice i samego szpitala ”

                                               Leszek Trębski – oświadczenie z 11 kwietnia opublikowane w Głosie z 18 kwietnia 2013

No to się panu Prezydentowi Skierniewic nie udało osiągnąć kolejnego zamierzonego celu. Jego oficjalne  wypowiedzi na temat doboru przez Ministra Zdrowia własnych piarowców i doradców, oraz szemranych sukcesów w telewizyjnym reality show, mogą co najwyżej Skierniewicom dobre imię popsuć, a nie obronić. Zresztą do czasu tego całego zamieszania, ono wcale nie było zagrożone. Zagrożone było natomiast dobre imię pani byłej Dyrektor Szpitala. Nadal jest! I to się nie zmieni do czasu, dopóki nie zostanie wyjaśnione dlaczego przez 30 lat zarządzania szpitalem nie rozwiązała tak banalnej sprawy, jak skrócenie czasu transport umierających z ortopedi na oddział intensywnej terapii, z nieomal dwóch godzin do chociażby dwóch minut. Czyli do czasu potrzebnego średnio zdrowemu człowiekowi, żeby pokonać ten odcinek tiptopami i to tyłem.

Kaprysy Leszka Trębskiego
Gdyby pan Trębski miał kaprys wypowiedzieć się prywatnie o krzywdzie koleżanki Grażyny Krulik, lub na temat prowadzenia się Ministra Zdrowia, to owszem, ma prawo. Jak każdy z nas może sobie jeździć do woli na osobach rozporządzających publicznymi funduszami. W końcu mamy wolność słowa, a jakaś kontrola społeczna nad nimi jest potrzebna. Pan minister i tak ma to gdzieś. Natomiast Prezydent Skierniewic nie ma takich kompetencji ani co ważniejsze interesu. Powinien więc przeprosić, ale nie kolegę Arłukowicza z zaprzyjaźnionej koterii, lecz swoich wyborców i współobywateli.
Co mu czarno na białym wytłumaczyła pani Anna Wójcik Brzezińska w artykule „Prezydent Przeprasza” zamieszczonym w Głosie z 18.04.2013. Przy okazji przywaliła mu dziewczyna niezgorzej niż on Owsiakowi i Arłukowiczowi. Trzeba przyznać.
Za te darmowe korepetycje należą się jej podziękowania nie tylko od niego. Oczywiście mam przeczucie, że żadnych podziękowań nie będzie. Raczej należy się obawiać, że z tego powodu najlepsza dziennikarka Głosu straci pracę. Wicie, rozumicie, wystarczy przecież jeden telefon do wydawcy czyli do „Mirbudu S.A”. A o to nie trudno, zwłaszcza gdy ktoś często ulega emocjom.

Jerzemu Mirgosowi z okazji imienin
Więc Pani ANV już wkrótce  może odświeżać swoje CV. Zapewne wiele na tym nie straci... W związku z powyższym bardzo ciekawi mnie jak redaktor naczelna „Głosu” pani Beata Maly-Kaczanowska zabierze się za uświadamianie wielce szanownemu Jerzemu Mirgosowi (właścicielowi i wydawcy Głosu), że redaktor Anna Wójcik Brzezińska jest głównym filarem jego tygodnika. Żeby nie powiedzieć wręcz jedyną lokomotywą, która to pismo ciągnie z mozołem i dźwiga. A z nim całą armię dekowników, których nawet nie znam z imienia i nazwiska. Bo po pierwsze nazwisk nie używają, a po drugie ich klonowanych bez końca tekstów nie daję rady czytać. Sądzę, że podobnie jak większość nabywców Głosu. Ot tolerujemy ten balast z przyzwyczajenia, albo z głębokiego zrozumienia, że ktoś w końcu musi dokumentować i archiwizować dla potomności, policji i zakręconych regionalistów, również te najnudniejsze wydarzenia lokalne.
Na miejscu pani Beaty - Redaktor Naczelnej Głosu zacząłbym obłaskawianie „Wydawcy” od zmiękczenia mu serduszka zamieszczeniem jakiegoś pretensjonalnego anonsu w tonacji lila-róż. Zawsze znajdzie się odpowiednia okoliczność. Urodziny, przyjście wiosny, zwrot podatku... Najlepiej do tego bukietu dodać jeszcze lekkostrawny wierszyk i słodką gałązkę storczyka, albo co tam lubi.

Wracając do Owsiaka i Arłukowicza
Pan Trębski po prostu wygarnął im prawdę.  I na tym trzeba było poprzestać. Trochę może za ostro, trochę w niewłaściwym miejscu, ale nie widzę w tym ich obrazy. Obraził ich dopiero swoimi przeprosinami, pełnymi hipokryzji i pańszczyźnianego sprytu. Ale to już inna bajka. Prawda jest taka, że Owsiak na doradcę medycznego Ministra Zdrowia nadaje się tak samo dobrze, jak pani Krulik na dyrektora skierniewickiego szpitala. A pan Arłukowicz naprawdę jest zwykłym piarowcem. I nie ma w tym niczego obraźliwego, bo słowo „piarowiec” wcale nie oznacza nałogowego alkoholika jak sądzą ludzie, dla których rzeczownik „książka” kojarzy się wyłącznie z Pierwszą Komunią Świętą. Piarowiec to po prostu osoba, która troszczy się o swój wizerunek w oczach opini publicznej. Od angielskiego zwrotu „Public Relations”  PR= pi, ar.


piątek, 12 kwietnia 2013

Ktoś dostał kota? Ktoś się obudzi z ręką w kuwecie.




„Zabawy i śmiechu było co niemiara, gdy na ostatniej sesji skierniewiccy radni dochodzili, czy można wykastrować już wykastrowanego kota”

                                                                                                              Sławomir Burzyński ITS z 5 kwietnia 2013

Każdy „dobry” księgowy wie, że tego samego kota można kastrować bez końca. Zwłaszcza jeśli sprawą zajmą się odpowiednio wykwalifikowani biurokraci, a gmina sypnie łatwym groszem. Dziwi mnie, że człowiek tak doświadczony i piastujący tak odpowiedzialne stanowisko jak Mariusz Dziuda tego nie rozumie. Być może nie zdarzyło mu się jeszcze kastrować kota za pieniądze, ale na przykład, pobierać wynagrodzenie za pracę w tych samych godzinach na kilku etatach jednocześnie, to chyba tak?
Sprawa wcale nie jest taka zabawna jakby wskazywała na to wesołość skierniewickich radnych. W końcu rzecz idzie o publiczne pieniądze. Radni miejscy właśnie otworzyli kolejny worek bez dna. Kastrowanie bezpańskich kotów na koszt podatnika, to dobry interes. Powstanie więc nam kolejna gałąź lokalnej pseudogospodarki wyłudzającej pieniądze z budżetu miasta. Zwłaszcza gdy radni wciąż będą szafować nimi lekką ręką. Wszystko na to wskazuje, że od tej pory  populacja bezpańskich kotów będzie w Skierniewicach rosła w siłę i opływała w coraz większe dostatki. Będzie też rosła liczba myszy i szczurów, oraz etatowych naciągaczy sprytnie zagospodarowujących właśnie powstałą, nową niszę ekologiczną. Wskazuje na to choćby wystąpienie radnej Alicji Cyrańskiej, która nieomal z marszu już domaga się zwiększenia wydatków na podkarmianie rozleniwionych kotów z 7 tysięcy do 24. A to dopiero początek, aż strach pomyśleć o jakich kwotach będą dyskutować radni w przyszłym roku. Zwłaszcza, że prezydent Trębski nie widzi przeciwwskazań: „ by tę kwotę zwiększyć trzeba zapisać nie siedem a 24 tysiące” - mówi. I już! Jak wiadomo pan prezydent Skierniewic posiada zaczarowany ołówek i wystarczy jeśli nim coś zapisze, a to natychmiast staje się obiektywną rzeczywistością.

Gdzie się załatwia skierniewicka kociarnia
Ciekawą i dającą sporo do myślenia rzeczą jest fakt, że skierniewiccy radni, przy okazji wykręcania kota na wszystkie strony, zainteresowali się jedynie jego jajkami (wypowiedź Stanisława Szałwińskiego- ITS z 5.04 str.2) i przednią częścią przewodu pokarmowego. O tym, że kot posiada również tylną jego część, nikt nawet się nie zająknął. A przecież koty też srają! Wystarczy zaobserwować co się odbywa codziennie w piaskownicach, na osiedlowych placach zabaw, podobno urządzonych dla skierniewickich dzieci. Tak jak psy obsrywają tam wszystkie trawniki, tak koty pracowicie wypełniają cuchnącym gnojem każdy spłachetek czystego piasku. Nie muszę tu chyba dowodzić, że miasto dzięki temu bardziej przypomina zafajdaną kuwetę  niż uzdrowisko i dopóki to się nie zmieni, ze snów o spacerujących po mieście kuracjuszach (czytaj napakowanych forsą frajerach z Austrii) będą nici. Baj, baj 1500 atrakcyjnych miejsc pracy. A skoro tak, to nawet jeśli uda się prezydentowi Trębskiemu cokolwiek sklecić na graniczącym z Makowem ściernisku, to będzie to jedna wielka plajta. Oczywiście kosztami bankructwa zostaniesz obarczony Ty czytelniku, podatniku. Wypadnie tego po około 4 tysiące złotych na mieszkańca miasta, czyli po ok. 16 tysięcy zł na każdą statystyczną rodzinę skierniewicką. Oczywiście plus odsetki i kary za nieterminowe spłacanie. Mało? Skoro tak uważasz podatniku, to jakbyś sam prosił o jeszcze więcej. A przecież w piśmie świętym jest napisane: „proście, a będzie wam dane...”

2 tysiące na pocieszenie
Na zakończenie dla pocieszenia Skierniewiczan powiem, że mieszkańcy Rawy Mazowieckiej mają jeszcze gorzej. Tamtejsze władze kpią sobie w żywe oczy ze swoich podatników, dokładając do każdego łóżka w pensjonacie „Nadzieja” po 2 tysiące złotych miesięcznie. I to tylko dlatego, że ten przybytek prowadzą kolesie z Rawskiego Stowarzyszenia Abstynenckiego „Szansa” (w/w ITS artykuł pt: „2 tysiące zł na bezdomnego”).  Jak to się ma do sytuacji przeciętnego rawskiego czy skierniewickiego emeryta posiadającego dom, otrzymującego 900 zł odczepnego z ZUS-u, którym  musi zapłacić czynsz, rachunki, kablówkę, podatki, śmierciowe w PZU, dać na tacę co niedziela, kupić leki, coś do jedzenia i do tego spłacać „chwilówkę”, którą nieopatrznie podżyrował wnukom? 

wtorek, 19 marca 2013

System znów morduje. Tym razem staruszki




„W miniony wtorek (5.03) starsza pani upadła, uszkodziła rękę. Ze złamaniem trafiła do skierniewickiego szpitala. Tam zmarła ”
                                                                                              Takie streszczenie znalazłem w Głosie z 14 marca 2013.r.

Kiedy tydzień temu rodzice 2,5 letniej Dominiki szukali wśród praktykujących medycynę dyspozytorów karetek, winnych jej śmierci, prorokowałem że wkrótce będziemy mogli usłyszeć więcej podobnych historii, gdyż są one trwale wbudowane w nasz system opieki zdrowotnej. Dziś gazety rozpisują się o przypadku 89-letniej kobiety, która straciła życie z powodu złamania ręki. Nie z powodu urazu czaszki, ani ciężkiego zgniecenia klatki piersiowej, lecz złamania ręki! Czy to jeszcze komuś wydaje się dziwne? Może gdyby nie trafiła do żadnego szpitala dożyłaby setki? Być może przyszedł na nią czas i zmarłaby nawet bez pomocy skierniewickiego szpitala? W akcie zgonu zapewne wpisana zostanie ciężka niewydolność sercowa (potocznie zwana kurwicą), spowodowana wielogodzinnym oczekiwaniem w kolejkach do wszystkiego. Do karetki, która przewiezie na drugą stronę chodnika, do sali operacyjnej, która tak wiele kosztowała, że nie wolno jej brudzić, do pielęgniarskiej, dodatkowo prywatnie opłaconej opieki, do oddziału intensywnej terapii w celu ratowania życia.
Ta śmierć dała okazję do ujawnienia i zaprezentowania na łamach prasy lokalnej kilku postaci będących filarami inkryminowanego systemu, mającego w założeniu opiekować się naszym zdrowiem. Po zapoznaniu się z nimi na łamach ostatniego Głosu, dochodzę do wniosku, że wszystkie te filary należałoby natychmiast wywalić z roboty. Zaczynając od marszałka województwa łódzkiego, pana Dariusza Klimczaka, odpowiedzialnego za służbę zdrowia w regionie. Za to, że zwolnił z pracy dyrektora skierniewickiego szpitala i Stacji Ratownictwa Medycznego bez podania sensownego powodu.


No bo co to są za powody!?

Cytuję: „dla dobra szpitala, jego imienia, by pacjenci mogli się czuć bezpiecznie, by pracownicy mogli spokojnie pracować”. Równie dobrze mógł jako przyczynę swojej decyzji podać że robi to: „Za Stalina, za rodinu, za wielikuju aktiabrskoju riewalucjiu”.

piątek, 15 marca 2013

Kup pan cegłę, pomóż dzieciom z Afryki




„Uczniowie zaprosili ok. 40 lokalnych przedsiębiorców, zwrócili ich uwagę na problemy, z jakimi borykają się mieszkańcy najuboższych krajów i zachęcali gości do podjęcia działań charytatywnych – adopcji (zakupu) wybranej lalki, a także do udziału w programie pomocy, wspierającym 4 rodzaje działań: edukację, zdrowie, żywność i wodę. Środki, które zbierzemy zostaną przesłane do UNICEF-u.”

                                                                                                              Tłumaczy Elżbieta Bysyngier

Kiedy na str. 3 Głosu z 7 marca 2013.r. przeczytałem powyższy fragment, zastanowiło mnie czy moderatorka wyprzedaży szmacianych lalek w gimnazjum nr 3 pani Bysyngier nie jest przypadkiem spokrewniona z panem Bisingierem Arturem - oficerem prasowym Miejskiej Komendy Policji w Skierniewicach? Mniejsza jednak z tym. Jakbym był lokalnym przedsiębiorcą i dostałbym tak podpisane zaproszenie, to pewnie bym poszedł i pozwolił do woli pouczać się grupie gimnazjalistów znających się na  problemach afrykańskich dzieci. A potem oczywiście kupiłbym jakąś szmaciankę, albo nawet dwie. Tak na wszelki wypadek, ze zwykłej ostrożności procesowej. Z podobnych powodów daję zawsze dwa złote zakapturzonym wyrostkom za odstąpienie od umycia mi przedniej szyby w samochodzie.

Tym niemniej cała ta hucpa ze szmaciankami miała dla mnie pozytywny aspekt  
Zacząłem się poważnie zastanawiać nad tym, jak można by naprawdę pomóc dzieciom w zachodniej Afryce? Na pewno pomysł wciskania szmacianek ginącemu gatunkowi skierniewickich „Lokalnych Przedsiębiorców” po to, żeby przelać wydębioną w ten sposób gotówkę na konta UNICEF-u w Szwajcarii, to tylko dym i marnotrawstwo pozytywnej energii, którą z natury rzeczy mają w sobie dzieci w wieku 12 – 16 lat. Czego się dzięki temu uczy naszych gimnazjalistów? Że przedsiębiorcy to potulni frajerzy, nadający się do obskubywania jak owieczki? Że wystarczy naprodukować szmacianek, żeby rozwiązać poważne problemy w Afryce? Ileż pieniędzy można w ten sposób uzbierać? Dwieście złotych, 500, może tysiąc? Jak to się ma do zarobków armii etatowych funkcjonariuszy UNICEF-u? Nie sądzę, żeby uczniowie gimnazjum nr 3 w Skierniewicach swoim zaangażowaniem uzbierali chociaż na służbowy obiad dla jednego wysokiego dygnitarza tej międzynarodowej instytucji. Dzieci w Afryce na pewno więcej by skorzystały, gdyby te szmacianki zapakowano w kartony i wysłano wprost do nich, do Afryki. Tylko, że tam nie ma prawdziwej poczty! A ta co jest, nie daje gwarancji, że po drodze ktoś tych szmacianek nie nafaszeruje bronią lub narkotykami i nie wykorzysta do przemytu. Albo nie przepakuje w inne kartony i nie odeśle z kolei dzieciom amerykańskim, lub brytyjskim na przykład, jako rzekomy dar od głodujących przyjaciół z Afryki, w celu pouczenia ich o problemach, z jakimi borykają się mieszkańcy najuboższych krajów i zachęcenia ich do podjęcia działań charytatywnych – adopcji (zakupu). Zarobioną w ten sposób gotówkę zaś przeznaczy na zakup ręcznych karabinów maszynowych i do nich amunicji.

Chcesz pomagać naprawdę? Nie możesz żyć w kłamstwie.
Szanuj ludzi. Tych głodujących w Afryce, jak i tych co w Szwajcarii o tym debatują przy suto zastawionym stole. Zwłaszcza jednak szanuj tych, których zapraszasz do siebie w gości. Nie zachowuj się wobec nich jak ludożerca. Nie zjadaj, zwłaszcza tych nielicznych cudotwórców, którzy potrafią wytwarzać coś wartościowego dla innych. Oddając przy tym połowę wytworzonego dobra do ZUS i jeszcze trzy razy po 20% do Urzędów Skarbowych. O gminnych obciążeniach podatkowych już nie wspominając. Zaprosiłeś ich, to grzecznie zapytaj, jak sobie z tym wszystkim radzą. Choćby z matematycznego punktu widzenia. Czy w ogóle stać ich na zakup twojej szmacianki? Nie zapomnij też upewnić się czy nie mają lepszego od twojego pomysłu na pomaganie nieszczęsnym dzieciom 

wtorek, 12 marca 2013

Kara śmierci dla systemu, który morduje dzieci




Odpowiedzialność za śmierć naszego dziecka ponoszą ludzie [..]Mówienie że zawiódł system, zwalnia konkretne osoby od odpowiedzialności. Tymczasem w tym całym łańcuszku zdarzeń mamy dyspozytora, który stwierdził, że dreszcze, temperatura 41,5 stopnia, biegunka, trudności z oddychaniem to niedostateczne powody by wysłać karetkę”

                                                                                                              Rodzice zamordowanej Dominiki

Rodzice 2,5 letniej ofiary mylą się. Winny naprawdę jest system. System, w którym lekarze, opłacani „z góry”, nagradzani są za zachowanie się tak, jakby fundowali leczenie swoim pacjentom z własnej kieszeni, pielęgniarki, jakby prowadziły strajk włoski, dyspozytorzy karetek, jakby znali się wyłącznie na diagnozowaniu chorób, oddziały medycyny sądowej, jakby przyczyny zgonu zależały od uzgodnienia zeznań ze wszystkimi zamieszanymi, a armia biurokratów w FOZ skrywająca się za parawanem niedomówień, jakby codziennie z mozołem rozkradała szczupłe fundusze.
Co prawda raz w roku Jurek Owsiak robi zbiórkę pieniędzy z przeznaczeniem na pogrubienie tych funduszy, ale i tak co drugi miesiąc w Skierniewicach powtarzają się wołające o pomstę do nieba historie. Dziś na przykład Opinia Publiczna bulwersuje się śmiercią dziecka, wczoraj emocjonowała się zawałowcem umierającym pod pilnie strzeżonymi drzwiami szpitala, jutro być może, podnieci się twoimi perypetiami z systemem czytelniku. Już nie możemy się doczekać, prawda?

Z tej okazji każdy zaniedba zrobienia czegoś
Oczywiście w takich przypadkach prokurator poczuje się zobowiązany do brzęknięcia szabelką pod publiczkę, a prasa do zrobienia zamieszania, z którego nic nie wyniknie, poza zwiększeniem sprzedaży gazety. Lekarze zasłonią się tajemnicą lekarską, ochroną danych osobowych, albo prawem do odmowy zeznań. Prokurator nie zrobi nic, bo musiałby oskarżyć system. A wtedy system porządnym kopniakiem by go wysadził z ciepłego stołka i mianował na jego miejsce kogoś lepiej zorientowanego „z której strony chleb jest posmarowany”. W ostateczności, postawi zarzut dyspozytorowi karetek, a niezawisły sąd skaże go za wykonywanie zawodu lekarza bez uprawnień na dwa lata przymusowych wczasów z dostępem do internetu i mokrymi widzeniami. Diagnozowaniem chorób zajmie się inny dyspozytor. Ale to tylko wtedy, gdy ludzie wyjdą na ulicę pokojowo pomaszerować, pogderać, pośpiewać psalmy i zapalić znicze.
Dotknięci nieszczęściem rodzice też nic nie zrobią, bo właśnie zajęci są opędzaniem się od ofert przedsiębiorstw pogrzebowych i traumą zaciemniającą jasność myślenia, bo nigdy nie wypracowali sobie pojęcia co i jak zrobić, żeby coś zmienić na lepsze. Rodzice jeszcze nie dotknięci nieszczęściem nic nie zrobią, bo mają ważniejsze sprawy na głowie. I wcale nie mam tu na myśli flirtowania w internecie, albo wyłudzania zasiłków w ośrodkach pomocy społecznej. Obecni emeryci nic nie zrobią, bo zajęci są spłacaniem chwilówek, które nieopatrznie podżyrowali wnuczętom. Przyszli emeryci też nie zrobią nic, bo nie potrafią nawet ustalić kto im właśnie ukradł kilka lat emerytury. Mówiąc szczerze nikt nie zrobi nic. Wszystko jak zwykle spadnie na mnie.

A co ja mogę zrobić?
Napiszę o tym felieton, oczywiście. Za darmo. Niewiele, ale zawsze coś. Żeby każdy choć tyle popracował społecznie! Może kogoś sumienie ruszy, albo skłoni do myślenia? W swym felietonie napiszę, że wszędzie w Polsce działa taki sam system co w Skierniewicach i że jest on do bani. Z jednym wyjątkiem. Jest w naszym kraju jedno województwo, w którym system jest zupełnie inny. Każdy pacjent idzie tam do przychodni z własną książeczkę czekową. Tam służba zdrowia tańczy wokół pacjentów, jak pszczółki wokół kwiatka, bo mają pragnienie wyrwać z ich książeczki żółtą karteczkę. Taki dziwny folklor. Trochę oczywiście przy tym oszukują, troche naciągają, ale i tak różnica w podejściu do pacjenta razi nieprzyzwyczajone oczy. W tamtym systemie żaden potrzebujący nie błaga dyspozytorów o karetkę, a potem nie czeka na nią godzinami. Zdarza się nawet, że do jednego wezwania przyjeżdżają dwie. Co prawda potem tracą czas na sprzeczki, kto ma większe prawa do delikwenta, ale i tak akcja ratunkowa toczy się szybciej i sprawniej. Nie jest to idealny system. Spokojnie mógłbym tu przytoczyć jeszcze lepsze przykłady, zagraniczne, ale na początek i tego dość. Reasumując: oskarżam system! Trzeba go uczciwie osądzić i skazać na karę śmierci! Przede wszystkim jednak nie zaniedbać wykonania wyroku.

czwartek, 7 marca 2013

Jak zapewnić Skierniewicom dobrobyt




„Młodzi z braku perspektyw już stąd uciekają. Na dzień dzisiejszy obserwujemy spadek liczby mieszkańców. Ludzie migrują do miejsc, gdzie mają zapewnioną pracę. W przeciągu trzech kwartałów 2012 r „ubyło” 1124 Skierniewiczan, perspektywa do końca roku to ok. 1500 osób”
                                                                                                                             skierniewicka radna Wioletta Felczak



Istnieje przekonanie, że to źle, że Skierniewice pełnią rolę zaplecza noclegowego dla  Łodzi i Warszawy. Zewsząd słyszy się tu  narzekania na tragedię dotykającą miasto z powodu, że jest ono eksporterem siły roboczej, że kilka tysięcy jego obywateli codziennie dojeżdża do oddalonych o ok. 100 km aglomeracji.
Od lat, w dyskusjach prywatnych i publicznych, mielone są frazesy na temat „skierniewickiej sypialni” i nikt nie widzi, że to jałowe ględzenie jest co najwyżej dowodem lenistwa umysłowego.
Czy ktoś kiedykolwiek zadał sobie tu pytanie: co by było, gdyby Bóg nagle wysłuchał tych wszystkich narzekań? Wyobrażacie sobie dymiące i hałasujące fabryki, w których nagle znajduje  zatrudnienie te kilka tysięcy pracowników, codziennie wyjeżdżających poza miasto? Jestem pewny, że pozostała reszta natychmiast nabrałaby ochoty na wyprowadzkę.
   
Gdzieś tam pracują, ale tu mieszkają.

czwartek, 28 lutego 2013

Koniec zimy w skierniewickim „uzdrowisku”




Kiedy w Skierniewicach panowała jeszcze sroga zima, często widywałem tutejszych mieszczan posypujących spożywczą solą chodniki przed sklepami, garażami, wejściami do domków, a nawet bloków. Takie solenie nie przynosi nikomu żadnego pożytku (no może poza producentami tanich butów w Chinach), za to wyrządza wiele szkód środowisku i infrastrukturze komunalnej. Najbardziej zaintrygowało mnie, dlaczego tubylcy używają do tego soli kuchennej, a więc tej dodatkowo przetworzonej? Oczyszczonej i nasyconej związkami jodu, popaczkowanej hermetycznie w eleganckie torebki z kolorowymi nadrukami, napisami i kodami kreskowymi. Dlaczego nie używają zwykłej soli drogowej, która przed wprowadzeniem na rynek, takim ceregielom nie musi być poddawana?

Czyli że drogowa jest tańsza!?
Na tym zdroworozsądkowym założeniu opierał się sens afery kiełbasianej, która kilka miesięcy temu wstrząsnęła krajowymi mediami. Pamiętamy? Unijne służby sanitarne wykryły, że sprytni, polscy wędliniarze przyprawiają kiełbasę solą drogową zamiast kuchennej i pod tym pretekstem zamknęły rynki europejskie przed dostępem naszych wędlin. Cóż, jakoś przetrwamy kolejne  szykany z godnością. Pomyślałem wówczas, kompensując sobie ewidentne upokorzenie, z dumą o polskich cwaniaczkach, którzy tak inteligentnie obniżali koszty produkcji. Sól „drogowa” to przecież normalna sól, też z Wieliczki, tylko że bez unijnego wydziwiania. I pewnie duma z tego wydarzenia do dziś poprawiałaby mi samopoczucie, gdybym przed paru dniami nie zauważył w Tesco wiaderka z napisem: „sól drogowa”. Kilogram tej soli kosztuje 2 razy drożej od kuchennej!
Co jest!? 
   
A no do tego, że przez to cholerne Tesco nie wiem już co myśleć o naszych wędliniarzach. Albo oni są jeszcze cwańsi niż wszyscy myślą, albo to skończeni idioci, którzy nie dość, że trwonią zasoby na zakupy dwa razy droższej soli, to jeszcze narażają się na radykalne pomniejszenie dochodów z eksportu, a budżet państwa na stratę po niepowstałych obowiązkach podatkowych.
No ale jeśli nasi wędliniarze  okazali się idiotami, to kim są zarządcy „Tesco”, którzy zapychając cenną powierzchnię handlową swoich marketów niesprzedawalnymi bublami, psują opinię o sobie i marketach w ogóle? Wygląda więc na to, że najinteligentniejsi w całym tym zamieszaniu okazali się Skierniewiczanie prywatnie posypujący komunalne chodniki solą spożywczą. Znów więc miałem okazję być z czegoś dumny (kogoś). Co prawda tylko przez chwilkę, wręcz ułamek sekundy, ale zawsze... Człowiek potrzebuje czasem poczuć się dumnym. Zwłaszcza człowiek żyjący w mieście, w którym powodów do dumy trzeba się mocno naszukać.

No tak. Wszystko się kończy. Ale ta sól zimą sypana to tylko dziury wyżera w chodnikach i w butach i w budżecie. Trzeba potem wywalać kupę kasy na nowe. Szczęście jeśli buty przetrwają do końca sezonu. I tak są obliczone tylko na jeden. Ale o jednosezonowych chodnikach jeszcze nie słyszałem. Poza Skierniewicami ma się rozumieć. Tutaj chodniki podczas zimy tak klawiszują i tańczą, że należałoby je przekładać od nowa co wiosnę. Niestety po kilku latach już nie ma co przekładać, bo solna korozja sprawia, że betonowa kostka zamienia się w słony żwir nadający się tylko do peklowania okolicznych drzew, krzewów ozdobnych i kwitnących bylin. O tym gdzie chodniki nie klawiszują w ogóle i dlaczego, będzie w którymś z następnych felietonów. Teraz już trzeba jednak nawiązać do tytułu, a potem zakończyć z wdziękiem. Najlepiej dowcipem, albo jakąś nauką mądrą ale interesującą, czasem smutną ale śmieszną.
I wiecie co? Powiem wam, że w Skierniewicach...

Przebiśniegi są wszędzie
Zapytałem chłopców bawiących się na osiedlowym trawniku w wydeptywanie nowych ścieżek przez mokradła, czy widzieli pierwsze oznaki wiosny? Oczywiście, że widzieli - przebiśniegi. Zapytałem, czy dużo ich? Potwierdzili, że tak, pełno, że niektóre nawet białe. Zapytałem, czy daleko stąd? Zaprzeczyli gorliwie. Poprosiłem, żeby wskazali miejsce gdzie rosną. Wskazali... Wiecie co? Nie zgadniecie. Pod nogi, na kupy wskazali. Te niby psie. Jeszcze całe, bo zmarznięte trochę, już cuchnące, gdzieniegdzie rozdeptane, a nawet rozmazane na powierzchni chodników nie do przebycia czystą stopą. „Ładne kwiatki” - pomyślałem. O naszej uzdrowiskowości najlepiej świadczące, tudzież o stołeczności kwiaciarstwa.

wtorek, 19 lutego 2013

W skierniewickich szkołach szerzy się narkomania - nawet bez narkotyków




„Nie żałujemy pieniędzy, żeby profilaktyk, prelekcji i pogadanek dla młodzieży było jak najwięcej”

                                                                                                                             Leszek Trębski – prezydent SKC

W przerwach pomiędzy niezliczonymi lekcjami nienawiści do narkomanii, prelekcjami odbywającymi się pod czujnym okiem pedagogów, „specjalistów terapeutów”, koniecznie dyplomowanych, oraz umoralniającymi pogadankami na temat szkodliwości zażywania narkotyków nieopodatkowanych akcyzą, uczniowie wychodzą wspólnie odstresować się poprzez rytualne wypalenie wolnego od podatków skręta. Normalna rzecz. Inaczej człowiek by zwariował. Europa – można powiedzieć wolna! W miarę możliwości oczywiście. Może nawet Ameryka, jak w serialach tzw. młodzieżowych legalnie emitowanych w mediach abonamentowanych. Zresztą po lekcji języka polskiego poświęconej tajnikom dramatopisarstwa Witkacego, czy Gombrowicza też ma się potrzebę spróbowania pejotlu, albo koki. Zaraz potem karetka na sygnale odwozi jednego z drugim światowca do szpitala w celu ratowania jego „Istnienia Poszczególnego”. Czy to „622 upadków Bunga” się zachciewa fajansiarstwu? Tego już w serialach nie ma. A może i było, no ale przecież wszystkiego trzeba spróbować jak się wchodzi w dorosłe życie. Do tego na prowincji, bez perspektyw... No bo jeśli nie teraz, to kiedy?
   
Coś tu nie gra
Z artykułu w Głosie z 14-ego lutego 2013.r.  pt: „Naćpani maturzyści” autorstwa dziennikarza podpisującego się inicjałem anw dowiadujemy się, że dzieciaki w skierniewickich szkołach głównie palą „maryśkę”. Niestety marihuana nie daje opisywanych w artykule objawów. Znaczy się pan(i) dziennikarz nie pali? Zwłaszcza takich objawów, które wymagałyby interwencji karetki z zespołem reanimacyjnym na pokładzie.  Zwłaszcza kiedy się wypala jednego skręta we trzech. Chyba, że się który tym skrętem zadławił? Nawet w przypadku typowych porcji amfetaminy byłby problem z utratą przytomności. Mam tu na myśli prawdziwą amfetaminę, a nie tylko nazwę handlową czegoś, co normalnie reklamowane jest w TV jako wybielacz lub odrdzewiacz. Jednak konieczność przewiezienia do szpitala na sygnale amatorów przyćpania na drugie śniadanie wzrasta, jeżeli przyjmiemy, że nie było żadnej maryśki tylko zwykłe siano, czyli susz. Na przykład z bielunia, diffenbachii, albo znad zalewu - wzmocnione środkiem owadobójczym, lub domestosem; ewentualnie  Bryza albo Ace, porcjowane w kapsułki po rapacholinie, a potem masowo sprzedawane w naszych szkołach i konsumowane przez szczeniaków pod nazwą „ekstazy”.
Śmieszne w tym jest to, że dzisiejsza młodzież nie dość, że płaci za to „g”ciężką forsę, to jeszcze się przechwala i przysięga na wszystkie świętości, że ma po tym zajefajne jazdy, sprawniejszy umysł i wizje lub haluny! Jeszcze śmieszniejszy jest poziomu współczesnego szkolnictwa usprawiedliwiający wyżej opisane postawy młodzieży. Tragiczne jest natomiast to, że w tym kraju za kupienie dwóch kapsułek zawierających Ace ta sama, spragniona halunów i odlotów gówniarzeria może zaliczyć nawet 10 lat odsiadki w prawdziwym więzieniu. Takim co to podatnika, czyli rodzica ciężko pracującego, kosztuje 4 tys zł miesięcznie na jednego penitencjariusza.

Czy ktoś to w ogóle badał?
Narkotyki, narkotyki! Rozległo się po całych Skierniewicach gęganie z powodu, że syn Mariusza Dziudy - przewodniczącego „lokalnego parlamentu”- też przyćpał. Przyćpał, nie przyćpał, grunt że wierzy, że przyćpał. A ja się pytam skąd nagle wszyscy wiedzą, że w całym tym zamieszaniu brały udział jakiekolwiek narkotyki? Doznali iluminacji – też przyćpali? Policja nie wie, bo podczas bezprawnego przeszukania mieszkań licealistów nic nie znalazła. Że trzech  „głęboko wierzących” przesłuchała na tę okoliczność w charakterze świadków, a jednemu z tych świadków nawet przedstawiła zarzuty prokuratorskie? No chyba sobie ktoś żarty stroi! Dziennikarze lokalnych brukowców nie wiedzą, bo w swoich artykułach nie powołali się na nic, co można by nazwać dowodem. Rodzice nie wiedzą, bo ich nigdy nie ma, bo ciężko pracują na ZUS i więzienia. Dyrektor ZSZ nie wie, bo sam wyznał wstydliwie red. Sławomirowi Burzyńskiemu z ITS-u, że nie ma pieniędzy na testy wykrywające. To ile kosztują takie testy? Mimo to, podejrzanych o spożycie moralnie zgnoił, na studniówkę nie wpuścił, zaprzągł do roboty w charakterze niewolników, a potem jeszcze czuć skruchę rozkazał. I to za zgodą ich rodziców! Kurde, jakbym miał takich rodziców to chyba bym zaćpał się na śmierć. Że uczniowie sami się przyznali? A od kiedy to w cywilizowanej Europie przyznanie się podejrzanego jest traktowane jako dowód winy? Co innego w Związku Radzieckim, tam zawsze przyznanie się przesądzało o winie, ale jednocześnie premiowane było nadzwyczajnym złagodzeniem wyroku i ekstra przydziałem słoniny. Dla niewinnych była zsyłka do gułagu, albo kulka w tył głowy. Ale My, Europejczycy, zawsze wiedzieliśmy, że te ich sowieckie „przyznania się” co najwyżej dowodzą stosowania przez reżim tortur fizycznych i psychicznych. W Skierniewicach nikakich tortur oczywiście nie było. Chyba żeby... Dziennikarze zapomnieli zapytać.

Profilaktyki proweniencja
Przy okazji tego zamieszania niejaka pani Ewa Juraś wypłakuje się redaktorom z ITS-u, że w skierniewickich szkołach państwowych szerzy się dilerka i plaga narkomanii, obowiązkowo popijana alkoholem oczywiście. I to pomimo faktu, że mamy wspaniałą młodzież! A wszystko dlatego, że wciąż za mało jest profilaktyki. Skąd ona to wie? No jak to, ma przecież córkę we właściwym wieku! A zawartość alkoholu w wypowiedzi zapewne wzięła się stąd, że pani Juraś jest prezesem Stowarzyszenia, które zgodnie ze swym statutem zajmuje się alkoholizmem, ale jakby co, to nie pogardzi również  pozastatutowymi funduszami z profilaktyki antynarkotykowej. Zwłaszcza, że jest to profilaktyka idąca z postępem. Jej postępowość polega na tym, że profilaktyka będzie dla rodziców. Czyli że niby jak i co?  Po domach będzie pani Ewa Juraś wędrować i nauczać jak świadkowie Jehowy, czy raczej administracyjnie wezwania wysyłać wszystkim rodzicom po kolei do przymusowego stawiennictwa i słuchownictwa? Demokratycznie wg alfabetu, czy też z listy sporządzonej na podstawie donosów najznamienitszych obywateli miasta? Dowiemy się tego już w następnym odcinku ITS-u zapewne, bo w tym odcinku z 15-ego lutego 2013.r. w art. pt: „Odlot na długiej przerwie”  autor – pan red. Sławomir Burzyński nie dopytał. Albo po prostu nie dopisał.

Jak profilaktyka to tylko w Amsterdamie
Moim zdaniem najlepszą profilaktyką byłoby dofinansowanie młodzieży naszej kochanej kilkudniowej wycieczki obyczajowo-krajoznawczej do Amsterdamu, lub innego Kazachstanu, w celu legalnego, osobistego i koniecznie organoleptycznego poznania smaku i zapachu prawdziwej maryśki. Tak, by po powrocie nie dawała już grosza zarobić s*synom dilującym Ace, Bryzą, Suszoną natką z marchewki, cukrem pudrem, kartoflanką lub sproszkowanym Calgonitem. No może jeszcze zamiast wykupować kolejne pakiety jałowych prelekcji, odczytów  i pogadanek o szkodliwości narkotyzowania się, miałoby sens zafundowanie dzieciakom kursu odróżniania oszusta i złodzieja od uczciwego dealera. No ale z drugiej strony patrząc, mają już przecież w szkole religię, co księdzu Mirosławowi Kurkowi z TPD pod rozwagę polecam.