Skierniewicka Gazeta Podziemna nie uznaje tematów tabu, nie uczestniczy w towarzystwach wzajemnej adoracji, nie uznaje zobowiązań wobec żadnych koterii i lobby. SKCGP za cel stawia sobie pracę organiczną w interesie dobra wspólnego w skali lokalnej. Gazeta opiera się na uczciwości, bezinteresowności i dążeniu do prawdy siłami obywateli zwanych dziennikarzami społecznymi. Dziennikarzem takim może zostać każdy, kto potrafi napisać rzeczowy, zwięzły artykuł na poziomie przedwojennego maturzysty. Artykuł wystarczy wysłać e-mailem na adres redakcji: skcgp małpa op.pl Tekst musi być oryginalny i podpisany co najmniej nickiem, lub adresem e-mail. Redakcja nie ingeruje w teksty, nie koryguje błędów ortograficznych, nie uznaje zaświadczeń o dysleksji ani dysortografii. Warunek publikacji jest jeden. Piszemy o konkretnych sprawach lokalnych. Inaczej mówiąc nie interesują nas dywagacje ogólnoludzkie, ogólnoświatowe, ani nawet krajowe.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przerób. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przerób. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 czerwca 2014

Eksperyment myślowy, parkowy




Pewnego pięknego dnia, spacerując po naszym prymasowskim parku miałem okazję przyjrzeć się z bliska rozwiązaniom zastosowanym przy rewitalizacji substancji parkowej. Zaciekawiło mnie zwłaszcza krawędziowanie darniowych wycinanek w tak zwanym „Ogrodzie Pseudofrancuskim”. Otóż krawędzie rozgraniczające żwirkowe alejki od trawy wykonano tam z kilkunasto centymetrowych pasów blachy stalowej grubości jakieś 3 -5 mm, która oczywiście natychmiast zaczęła korodować. Sądząc z postępów korozji za 3 lata po blasze nie zostanie żaden ślad. A jak nie korozja zwiną je złomiarze. Ciekawe ile ton stali w ten sposób utopiono w realnym, księgowym, jak i przysłowiowym błocie? I czy w ogóle liczby te się ze sobą zgadzają? Drugą ciekawostką będzie zapewne sposób w jaki administrator parku zamierza oczyszczać te żwirkowe alejki z opadłych liści, papierków, gałązek oraz szkła z potłuczonych butelek? Które niestety już się tam pojawiło i ze żwirkiem przemieszało. Nie wspominając o trawie z koszenia trawników... Pęsetą - na kolanach? Zwłaszcza, że warstwa żwirku ma jakieś 5 cm i trzecia jego część już przeskoczyła na stronę trawiastą odsłaniając starożytny czarnoziem.


poniedziałek, 9 czerwca 2014

Park jeszcze prymasowski, czy już patiomkinowski?




1. „Pracujemy nad regulaminem korzystania z parku. Wiele kwestii jest wciąż do wyjaśnienia [...] Będzie to fantastycznie zorganizowany teren, który będziemy musieli się nauczyć szanować.”
2. „Radny Dariusz Chęcielewski mówi – Na ocenę całości projektu przyjdzie jeszcze czas, są tu jeszcze miejsca gdzie nie bardzo jest na co patrzeć [...] Czy uda się wszystko zrobić w terminie?”
3. „Radna Alicja Cyrańska [...] tłumaczy – Nie ma nic za darmo . Skoro jest piękny park, to trzeba również zatrudnić ludzi, którzy będą dbali o jego estetykę. Psy w parku? - Nie wolno spuszczać psów ze smyczy.”

Artykuł pt: „Walka z czasem” autorstwa anw - Głos z 8 maja 2014.r

1. „park będzie czynny do zmroku, do godziny 22 w okresie letnim, że będzie oświetlony i monitorowany. Czy będzie można jeździć rowerami? Na pewno po alejkach które są alejkami z kostki granitowej – tak. [...] będzie obowiązywał zakaz wprowadzania czworonogów do parku. Wszystko po to by park nie stał się ogólnomiejskim wychodkiem.”
2. „Nie wyobrażam sobie, by powtórzyć tę sytuację która jest chociażby na osiedlu Widok, gdzie ciągle słyszę narzekania że praktycznie matki z dziećmi nie mogą wychodzić z domów bo ... wiadomo dlaczego nie mogą wychodzić”

Artykuł pt: „Prezydent: nie chcę by park był ogólnomiejskim wychodkiem” autorstwa anw - Głos z 8 maja 2014.r



O szykowanych przez skierniewicki magistrat „happeningach” na obszarze „Prymasowskiego Parku” pisałem w moich felietonach wiele razy. Przed rokiem, a nawet przed laty dwoma, kiedy jeszcze można było wszystko zaplanować z głową.

czwartek, 16 stycznia 2014

Spacerkiem po skierniewickim deptaku


A gdyby tak stworzyć w Skierniewicach „Deptak” z prawdziwego zdarzenia? Każde szanujące się
uzdrowisko na świecie powinno przecież mieć porządny deptak. Czyli pasaż pieszy. Koniecznie
skądś i dokądś prowadzący. Promenadę stanowiącą komunikacyjny i handlowo-usługowy
kręgosłup, a zarazem wielofunkcyjne centrum życia publicznego w mieście.
Deptaki charakteryzują się zindywidualizowaną typologią – powstałą historycznie, bądź w wyniku
twórczej kreacji. Mają czytelną, jednoznacznie zdefiniowaną przestrzeń - dzięki przemyślanemu
ukształtowaniu ścian przyległych budynków. Posiadają wnętrze o skali przyjaznej człowiekowi,
uwolnione od zmotoryzowanych obciążeń, bogato wyposażone w małą architekturę, ergonomiczną
infrastrukturę, starannie opracowaną nawierzchnię, zieleń itp. Przede wszystkim jednak mają
wielowartościową funkcję. Takie miejsca przyciągają ludzi, zaludniają się nimi, żyją ich
problemami i radością życia. Skierniewice co prawda uzdrowiskiem nie są i nigdy nie będą - no
chyba że na papierze i w wirtualnych wizualizacjach magistratu - ale nie powinno to przeszkadzać
w wykorzystaniu zapału i całej pozytywnej energii nagromadzonej przez zwolenników tutejszego
zdroju, dla osiągnięcia celów z nim zbieżnych, a znacznie przecież mniej utopijnych? Wystarczy
ich przekonać, że bez porządnego pasażu pieszego w mieście o żadnym uzdrowisku nawet nie ma
co marzyć.

Na przykład tak:

Wyobraźmy sobie,

wtorek, 12 listopada 2013

Zalew pseudorewitalizacji II



W poprzednim odcinku odniosłem się do trzech najważniejszych przesłanek, które zdaniem OSiR-u uzasadniają tak zwaną „rewitalizację zalewu”. Myślę że dowiodłem tam, że są to przesłanki fikcyjne, wynikające z błędnej oceny stanu faktycznego, albo wręcz z celowej manipulacji. W związku z powyższym nacisk na uruchomienie tak potężnej inwestycji planowanej na terenie zalewu „Zadębie” jest co najmniej zastanawiający. Tym nie mniej nie da się już ukryć, że pomysł na „rewitalizację zalewu” wymaga wypracowania lepszego uzasadnienia. W innym wypadku znów sfinansujemy przerzucenie tysięcy metrów sześciennych gruntów i materiałów budowlanych ku chwale bezproduktywnego przerobu. Dla firm budowlanych oczywiście każdy przerób jest uzasadniony – daje zajęcie. Dla urzędników jest uzasadniony, bo uzasadnia przepływ strumienia milionowych kwot przez ich ręce. Oprócz przyjemnego poczucia władzy i prestiżu stąd wynikającego, stwarza to zawsze okazję (pokusę) do „prywatyzacji” jakiegoś niewielkiego wycieku. A wszyscy dobrze wiemy, że tego typu „prywatyzacje” nie są w naszych realiach żadnym wyjątkiem - raczej regułą. Potrzebna jest więc czujność, zwłaszcza wśród radnych odpowiedzialnych za nadzór finasów gminy, oraz wśród wyborców nadzorujących uczciwość swoich demokratycznie wybranych przedstawicieli. W poprzednim felietonie pt: „Zalew rewitalizacji” wykazałem, że pomimo milionowych kosztów, tak planowana inwestycja niewiele zmieni w kondycji zalewu, i zupełnie nic nie zmieni z punktu widzenia korzyści dla mieszkańców.



Problemy których OSiR nie widzi

piątek, 8 listopada 2013

Zalew pseudorewitalizacji



1. „W przyszłym roku ma ruszyć rewitalizacja skierniewickiego zalewu; już teraz w kilku miejscach nabrzeżne skarpy grożą osunięciem”
2. „Kilka milionów złotych to według ostrożnych, wstępnych szacunków koszt rewitalizacji zalewu Zadębie w Skierniewicach - [...] Informuje Tomasz Przybysz, prezes OSiR „Nawa” Skierniewice, zarządca akwenu. A inwestycja wydaje się konieczna m.in. z uwagi na groźbę osunięcia się nabrzeżnych skarp.”
3. „Ale prace, oprócz umocnienia brzegów, miałyby objąć również zaporę i wyczyszczenie (odmulenie) dna całego zalewu, oraz wymianę desek pomostów na plastikowe (obecne drewniane wymagają wymiany co rok)”
4. „W miejscu gdzie Łupia wpada do zalewu miałby powstać specjalny próg, zatrzymujący muł nanoszony nurtem rzeki” 
5. „Sama inwestycja miałaby ruszyć w przyszłym roku. Jednak ze względu na skalę koniecznych do wykonania prac, nie da się jej ukończyć w rok”

Głos z 31.10.2013.r. artykuł kogoś kto się podpisuje „mar” pt: „Zalew do remontu”

Ostatnimi czasy Skierniewice przeżywają zalew rewitalizacji. I to przeprowadzanych systemem „Najpierw zrób potem myśl” (pisałem szerzej o tym oryginalnym wynalazku skierniewickim w felietonie pt: Skierniewice pięknieją dzięki systemowi „Buduj i Projektuj”). Ratusz właśnie w tym systemie rewitalizuje park. Wcześniej zrobił „rewitalizację” targowiska i już czyni przygotowania do rewitalizacji uzdrowiska. Wygląda na to, że w te modne trendy postanowił wpisać się również OSiR i też utłuc (ad.2) parę budżetowych groszy na jakiejś rewitalizacji - na przykład zalewu „Zadębie”. Wszystkie te inwestycje mają charakterystyczne cechy wspólne. Po pierwsze: oficjalnie przemawiają za nimi przesłanki demagogiczne – to znaczy takie w które ich głosiciele raczej sami nie wierzą. Po drugie: zakres inwestycji zazwyczaj jest mało korzystny dla interesu społecznego i zwykle ogranicza się do prac mających charakter doraźny, koniecznie kapitało i materiałochłonny. Po trzecie: preferuje się tzw. „przerób” i to ten najprymitywniejszy, z natury najbardziej nadający się do zawyżania kosztów. Po czwarte: tego typu rewitalizacje przeważnie nie rozwiązują żadnego społecznego problemu. Po piąte: za to generują nowe, jak na przykład likwidacja ruchu rowerowego z Widoku, przez park do centrum i likwidacja skrótu komunikacyjnego po godzinie 20-tej w ogóle. Po szóste: preferowane są koszty, po zakończeniu robót prawie niemożliwe do rzetelnego oszacowania, zwłaszcza dla kogoś komu na tym w ogóle nie zależy. Na przykład tzw: „odmulanie dna”. Po siódme: nie poszukuje się nowych pomysłów, twórczych rozwiązań tworzących nową jakość i poszerzających istniejące możliwości. Na przykład: kładka dla pieszych i rowerów w najwęższym miejscu zalewu, jako skrót komunikacyjny z miasta do kąpieliska i jednocześnie nowy pomost (molo). Po ósme: unika się jak ognia udziału opinii publicznej na etapie poszukiwania pomysłów, oceny koncepcji, porównywania kosztów poszczególnych rozwiązań itd.

Problemy które OSiR widzi

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Jedni mają jaja, a inni sypią w worki piasek



„Do układania worków z piachem musiał się rzucić sam prezydent miasta”
                                                                        ITS nr 23 z 07.06.13, art pt: „Zalewanie Skierniewic”

„Jeśli chodzi o targowisko prezydent zapewnia, że kanalizacja została tam przepchana. Jeśli to nie pomoże, miasto będzie domagać się poprawek od firmy modernizującej targowisko”
                                                                        to samo jw. źródło, autorstwa Agnieszki Kubik

Popadało trochę i już mamy doroczną parodię prawdziwej klęski żywiołowej w całym regionie, z wyjątkiem Rawy Mazowieckiej. Prezydent Skierniewic energicznie przepycha kanalizację, rzuca się do układania worków z piachem gdzie popadnie, zamieszcza w prasie pochwały i podziękowania pod adresem ofiarności strażaków i oczywiście szuka kolejnych okazji, żeby za pieniądze gminy reklamować swoją szanowną osobistość. W końcu do wyborów już niedaleko i trzeba ruszać z akcją wdrukowywania pozytywnego wizerunku w pamięć krótkotrwałą elektoratu. Ciekawe czy ma chociaż świadomość, że parodiuje pijarowskie działania słynnego prezydenta Wrocławia - Bogdana Zdrojewskiego z czasów „powodzi stulecia” anno domini 1997.r. Ale chyba tak, bo podobno lustrując gospodarskim okiem gnijące ziemniaki w zalanych piwnicach, nuci sobie pod nosem pamiętny hymn zespołu Hey „Moja i twoja nadzieja".
Zdrój, Zdrojowy, Zdrojewski, Kariera, Uzdrowisko...
„Nic na prawdę nic Ci nie pomoże, jeśli Ty nie pomożesz dziś miłości...”

A w mieście bieda.
A to komuś zalało piwnicę, ze względów oszczędnościowych nie wyposażoną w izolację przeciwwilgociową, a to podczas osuszania tejże piwnicy strażacy wypłukali glinę spod fundamentów i chałupa siada jak szurnięta kwoka na zbukach. Dziwne nie? Wszyscy gdaczą. Gryzą komary. A woda stoi i kwitnie. Także na nowoczesnym, niedawno zaprojektowanym i oddanym do nieużytku targowisku miejskim. A ulicami Skierniewic płyną rzeczki do „moża”, zamiast jeździć samochody (szkoda gadać); tudzież znów zapadają się, lub wypiętrzają nawierzchnie dróg i chodników jak okiem sięgnąć. Plaga.

Odpowiedzialna rola lokalnej prasy
Prasa lokalna docieka przyczyn tej corocznej klęski i nie znajduje. Albo znajduje jedynie w porównywaniu różnic podejścia do inwestowania w budowę kanalizacji deszczowej pomiędzy władzami Skierniewic, a  sąsiedniej Rawy Mazowieckiej. Fakt, tam się szarpnęli i kompleksowo wybudowali nowoczesną sieć, podobno porządną, ciężką, ogromną... i problemu nie mają. Podobno. Ale nie mają za to też uzdrowiska, ani rewitalizacji parkanu wokół zabytkowego parku. Nie mają już również 65 milionów.
Dla mnie to podejrzana sprawa, że tak drogo ich kosztowała zwykła deszczówka. Aż nie chce się wierzyć, że nie można było taniej zapewnić spokojnych snów Eugeniuszowi Górajowi – burmistrzowi Rawy. Moim zdaniem, w większości przypadków, wystarczyłoby przekopanie przez warstwę gliny kilkunastu studni chłonnych w strategicznych punktach, po kilkadziesiąt tysięcy złotych sztuka, które odprowadzałyby wody opadowe z lokalnych sieci odwadniających, wprost do warst wodonośnych. Podejrzewam tu pewne analogie i paralele do pączkowania kosztów skierniewickiego targowiska, parku i uzdrowiska. Studnie chłonne to ci wszyscy biurokraci świetnie potrafią instalować, ale tylko w budżecie. Dlatego trzeba nieustannie patrzeć im na łapska. Lecz to nie moja broszka. Nich się tym kłopoczą patrioci rawscy.

Jak bajka
A wiecie, że istnieją miasta na świecie, które inwestują dwu trzykrotnie mniej w budowę i utrzymanie infrastruktury niż Skierniewice? O Rawie nie wspominając. Dotyczy to również dróg, ścieżek rowerowych, oraz chodników. Mimo tego mają je w o wiele lepszym stanie technicznym, zapewniającym wysoki komfort życia, nieosiągalny dla mieszkańców Skierniewic, ani nawet Rawy. Nikt tam nie tapla się w błocie po byle deszczyku, nie łamie nóg ani samochodowych resorów na pofałdowanej, popękanej i klawiszującej nawierzchni. Raz zrobiona jezdnia, czy chodnik służą tam obywatelom przez pokolenia, a nie trzy, góra cztery sezony.
Jak to możliwe? Otóż niektórym po prostu pomaga klimat i warunki naturalne. Szczęściarze.  Inni sukces zawdzięczają wiedzy, doświadczeniu nabytemu w drodze wieloletniej obserwacji lokalnej specyfiki zjawisk przyrodniczych, oraz nowoczesnym technologiom. Skierniewice nie mają ani tego, ani tego, ani tego, ani tego... Ergo mają przechlapane.

Gdyby Skierniewice leżały...
Gdyby Skierniewice leżały na przykład w Południowej Anglii to co innego. Wtedy temperatura praktycznie nie spadałaby poniżej zera przez okrągły rok. Nie znany więc byłby im problem szkód drogowych związanych z zamarzaniem wody. Nikt nie musiałby wtedy po każdej zimie łatać rakowin i przeciekających wodociągów, wyrównywać fałdów nawierzchni. A latem temperatura raczej nie wzrastałaby powyżej 30 stopni Celsjusza. Dzięki czemu nie byłoby też problemu z roztapianiem się smołówek grzecznościowo zwanych „asfaltem”, lub pękaniem betonu i  kruszeniem nawierzchni na skutek rozgrzewania. O skutkach zimowego przesolenia już nie wspomnę. To sprawa inteligencji inteligencji pracującej miast i wsi. Z czego morał taki, że skierniewiccy projektanci i budowniczowie dróg świetnie by sobie radzili w Południowej Anglii. Cieszyliby się tam niezasłużonym autorytetem i zarabiali w funtach. Dodatkowo nie musieliby płacić ZUS-u ponieważ go tam nie ma. Przez to wiek emerytalny musieliby ustalać sobie sami, a nie za pośrednictwem Sejmu, co dla nieprzyzwyczajonych stanowi nie lada kłopot.

O niebo lepiej
Ale nawet w Polsce są regiony gdzie jest o niebo lepiej. Na przykład miejsca, w których podłoże gruntowe jest piaszczyste lub żwirowe, przepuszczalne dla wody. Takie podłoże to skarb. Zupełnie w naturalny sposób zapewnia ono odprowadzenie nadmiaru wilgoci z dróg i chodników głęboko w grunt. Gdzieś tam, do warst wodonośnych gdzie żyją sobie studniczki. Poniżej strefy przemarzania (dla SKC ok 1,2 metra). Tam też, nawet  gdy jak zwykle projektanci, lub wykonawcy spieprzą robotę, nic złego się nie dzieje. Bo nie ma w drodze wody, która przy spadku temperatury niżej zera mogłaby zamienić się w lód i wszystko rozsadzić, skruszyć, rozpieprzyć i powypiętrzać w formie muld.

Wszystkie plagi na nas
Takiego szczęścia nie mają Skierniewice. Tutaj każdy błąd w projekcie i każdy przekręt na materiałach budowlanych, dosłownie wypływa na wierzch zaledwie w ciągu kilku sezonów. Osiwieć można! Na prawdę trzeba wiele się natrudzić, nagłówkować żeby cokolwiek ukraść. Dobrze chociaż, że wszyscy tutaj nauczeni są udawać, że niczego nie widzą, o niczym nie wiedzą, inaczej nie dałoby się  już zachować tradycyjnego stylu życia. Ale i tak jak się nie ma poparcia prezydenta to można normalnie zbankrutować na ciągłych poprawkach reklamacyjnych.
Niestety takie główkowanie ma swoją cenę. Od pokoleń pochłania całą pojemność i przepustowość mózgowej substancji szarej tutejszych intelektualistów. Nic więc dziwnego, że nigdy nie starczało już mocy obliczeniowej procesora, oraz RAM-u do analizowania powszechnie widocznych faktów obiektywnych, dostrzegania w nich prawidłowości, wyciągania wniosków i gromadzenia wartościowych doświadczeń.

Na przykład
Niby wszyscy wiedzą, że Skierniewice w większości są położone na grubej warstwie gliny, która nie pozwala wodzie opadowej swobodnie infiltrować do głębszych, przepuszczalnych warstw gruntu. Ale od setek lat jakoś nikt nie wpadł na pomysł, żeby wywiercić w niej parę dziurek i pozwolić wodzie odpłynąć zgodnie z prawem grawitacji. Stoi więc taka deszczówa sobie bezczelnie i kwitnie, normalnie zalega na powierzchni póki nie odparuje. Albo póki prezydent jej nie wypompuje, nie poczęstuje workiem z piaskiem. Stoi i podtapia wszystko wokoło, z nudów, a potem jeszcze kumuluje się w glebie. Być może to wspaniałe warunki dla rolnictwa, gleba jest wilgotna i zapewne żyzna. Być może... Ale dla  infrastrukturników komunalnych to istna plaga.

Druga strona medalu
Z drugiej jednak strony, jakby tak nagle znalazło się proste i tanie rozwiązanie, dzięki któremu problem pseudopowodziowy zniknąłby jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, co by się stało z tą całą rzeszą budowlanych firm i firemek, rok w rok znajdujących i dających zatrudnienie przy usuwaniu skutków działania pogodowych żywiołków, jak i zwyczajnych partaczy? Czy stać nas na to? Czy jesteśmy w stanie spokojnie patrzeć kiedy zacznie podupadać kolejna gałąź lokalnej gospodarki? Jedna z najważniejszych w regionie! Oto jest pytanie.



wtorek, 18 czerwca 2013

Symptomy uzdrowiskowego szaleństwa



„Cieszę się, że na mapie rozwoju społecznego Polski Skierniewice są w ścisłej czołówce”

„ Po pierwsze terytorium miasta powiększyło się o 152 ha dawnego poligonu, gdzie w przyszłości może powstać uzdrowisko. Po drugie podpisaliśmy porozumienie z Makowem o współpracy w tym zakresie”

                                                               Leszek Trębski – prezydent Skierniewic (ulotka reklamowa z 12czerwca 2013)

„Sceptycyzm wobec projektu utworzenia w mieście uzdrowiska jest niczym nie uzasadniony”

                prezydent Trębski – na spotkaniu z młodzieżą (05.06) w Gimnazjum nr 3 w SKC – Głos z 13.06.2013

No ten sojusz „po drugie” z Makowem całkiem mnie rozbroił. Rzeczywiście świetny to powód  do przechwałek. Ale do rzeczy... Tematem dzisiejszej pogadanki  nawiążemy do propagandowej ofensywy jaką rozpoczął prezydent Trębski zlecając tygodnikowi ITS, oczywiście na koszt podatników, druk i kolportaż bezpłatnej ulotki propagandowej zachęcającej skrzynki pocztowe obywateli Skierniewic do weselenia się z okazji zatwierdzenia przez rządową biurokrację obszaru ochrony uzdrowiskowej na terenie dawnego poligonu wojskowego. Radują się więc nasze skrzynki na listy tym odświętnym daniem, odrywającym  je choć na chwilę od codziennej monotonii Telepizzy, pseudopromocji Lidla, Tesco czy Castoramy, oraz złodziejskich chwilówek.
Ale do rzeczy, po raz drugi.
W stosunku do liczby ludności i potencjału gospodarczego, Skierniewice zajmują zbyt duże terytorium. I oczywiście ponoszą tego konsekwencje. Chociaż mało kto z autochtonów ma tego świadomość. Nadymanie się z powodu inkorporacji kolejnych 152 hektarów, jak czyni to prezydent Trębski, to czysta demagogia, albo... Brak słów.
Propagandowe pompowanie entuzjazmu mieszkańców,  borykających się codziennie z jakimiś skutkami niedoinwestowanej, jak guma rozciągniętej infrastruktury, (vide ostatnie powodzie i podtopienia) do ponoszenia kosztów niedozbrojenia kolejnych nieużytków,  jest ekonomicznym samobójstwem. W normalnych krajach, gdzie większość wyborców wykracza ponad poziom dojrzałości gimnazjalisty, autora takich pomysłów już by odizolowano od wpływu na warunki życia społeczeństwa.

W poszukiwaniu równowagi
Żeby miasto stanowiło spójny organizm, wydajny i dobrze służący realizacji potrzeb ludzi, jego poszczególne elementy muszą posiadać właściwe proporcje, oraz być ze sobą ściśle i wydajnie powiązane, ergonomicznie zaprojektowaną siecią infrastruktury: dobrej jakości dróg, chodników, kanalizacji, ścieżek rowerowych, wodociągów, trakcji elektroenergetycznej, telekomunikacyjnej, transportu publicznego, itd. Uff – chyba wymieniłem wszystko.
Wiadomo, że taka infrastruktura jest pioruńsko droga. Rozciąganie jej bez potrzeby to marnotrawstwo zasobów. Zawsze przecież szczupłych jak siedemnastolatka. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, iż kolejne kilometry kabli i rur obciążą hipotekę zubożałych mieszkańców, dodatkowo obniżając  na dziesiątki lat poziom ich konsumpcji. To, że przy okazji zubożą też zagranicznych frajerów, którzy złożyli się na unijną dotację, to żaden argument. A przynajmniej argument niemoralny. Byłoby pół biedy gdyby powstająca infrastruktura miała chociaż szansę zapracować na rzecz przyszłych pokoleń. Niestety jest więcej niż pewne, że te milionowe pomniki głupoty przez lata zgniją w szczerym polu, nie przynosząc żadnego pożytku nikomu, nigdy. No może poza kilkoma firmami, które wzbogacą się doraźnie na ich budowie i kilkoma cwaniakami, którzy przy okazji wydoją z budżetu miasta miliony na zawyżeniu kosztów projektu, materiałów budowlanych i robocizny. W przypadku uzdrowiska koszt projektu samej infrastruktury, został zawyżony przynajmniej dziesięciokrotnie! Za 1,5 mln można by załatwić taką dokumentację dla całych Skierniewic. Dla terenów dziewiczych, wolnych od punktów kolizji, gdzie  uwzględnia się jedynie rodzaj gruntów i ukształtowanie terenu, studenci inżynierii środowiska wykonują  takie projekty w jeden wieczór, za zgrzewkę piwa. A radni tymczasem zamiast łapać złodzieja, wolą publicznie  kreować się na ekspertów z dziedziny  molestowania seksualnego nieletnich, dziecięcej pornografii i przemocy w rodzinie (patrz artykuł pt: „Kto wymyślił problem?” w Głosie z 13.06.2013)

Krytyka inflacyjnego modelu „rozwoju”
Dodatkowe powiększanie terytorium miasta, to potęgowanie problemów już istniejących i dobrze wszystkim znanych. Zwłaszcza w sytuacji kiedy w obecnych granicach odłoguje mnóstwo obszarów nie mogących doczekać się uporządkowania.  Żeby temat lepiej zrozumieć, wyobraźmy sobie na przykład Skierniewice bez dzielnicy „Widok”. Wtedy cała jej ludność musiałaby zmieścić się na obszarze starszej części miasta. I zmieściłaby się! Z korzyścią dla estetyki przestrzeni publicznej i komfortu życia mieszkańców. Gotów jestem założyć się o milion złotych, że centrum nie przypominałoby wówczas stepowiejących, cuchnących uryną chutorów zachodniego Kazachstanu, lecz co najmniej dzielnice południowego Londynu, a może nawet Amsterdamu, lub Antwerpii. Przemieszczanie się z jednego końca miasta na drugi piechotą trwałoby wówczas krócej niż dziś komunalnym autobusem. Potężna dotacja do MZK zostałaby w kieszeni mieszkańców, albo byłaby przeznaczona na rozwój bezkolizyjnych ścieżek rowerowych, lub temu podobne. Za pieniądze, które do tej pory przeznaczono na klecenie i łatanie komunalnej infrastruktury, już by wybudowano wszystko co potrzeba i to z nawiązką.

Sceptycyzm uzasadniony
Kiedy czytam, że pan Trębski uważa iż sceptycyzm wobec jego uzdrowiskowych mrzonek „jest niczym nie uzasadniony” to pytam: jakich jeszcze uzasadnień mu potrzeba? Jeżeli ma jakieś wątpliwości co do skutków jakie przyniesie Skierniewicom jego akcja pod kryptonimem „uzdrowisko”, niech przestanie słuchać klakierów którym płaci pensje, a zamiast tego zrobi sondaż wśród ludzi, którzy utrzymują się z inwestowania własnych pieniędzy. Nie budżetowych, nie z pomocy społecznej, czy unijnych dotacji, ani z NFZ lub Ministerstwa Zdrowia, ale własnych, uczciwie zarobionych. Powtarzam:WŁASNYCH! Wtedy może do niego dotrze dlaczego nigdy żaden prywatny inwestor nie utopi grosza w tak beznadziejne przedsięwzięcie. Ale on to wszystko wie. Przecież nie jest głupi. Ale sorry Winnetou, biznes jest biznes. Jeszcze jedna kadencja, a potem  zwijamy interes i niech się wali i pali...
A co na to potencjalni kuracjusze? Żeby sobie na to pytanie odpowiedzieć wystarczy rzucić okiem na komputerową wizualizację Skierniewickiego uzdrowiska, z dumą ostatnio zamieszczoną w w/w ulotce. Toż to bardziej przypomina fabrykę traktorów niż uzdrowisko! Czy znalazłby się chociaż jeden desperat, który chciałby uśmierzać swoje zwyrodnieniowe schorzenia cywilizacyjne marszrutami po tak nieludzko nudnych i rozwlekłych pustaciach postindustrialnych? Uchowaj nas panie Boże! Potencjalni kuracjusza zawsze wybiorą Kamień Pomorski, Rabkę, lub Świeradów zdrój. I na to nie ma siły.



czwartek, 28 lutego 2013

Koniec zimy w skierniewickim „uzdrowisku”




Kiedy w Skierniewicach panowała jeszcze sroga zima, często widywałem tutejszych mieszczan posypujących spożywczą solą chodniki przed sklepami, garażami, wejściami do domków, a nawet bloków. Takie solenie nie przynosi nikomu żadnego pożytku (no może poza producentami tanich butów w Chinach), za to wyrządza wiele szkód środowisku i infrastrukturze komunalnej. Najbardziej zaintrygowało mnie, dlaczego tubylcy używają do tego soli kuchennej, a więc tej dodatkowo przetworzonej? Oczyszczonej i nasyconej związkami jodu, popaczkowanej hermetycznie w eleganckie torebki z kolorowymi nadrukami, napisami i kodami kreskowymi. Dlaczego nie używają zwykłej soli drogowej, która przed wprowadzeniem na rynek, takim ceregielom nie musi być poddawana?

Czyli że drogowa jest tańsza!?
Na tym zdroworozsądkowym założeniu opierał się sens afery kiełbasianej, która kilka miesięcy temu wstrząsnęła krajowymi mediami. Pamiętamy? Unijne służby sanitarne wykryły, że sprytni, polscy wędliniarze przyprawiają kiełbasę solą drogową zamiast kuchennej i pod tym pretekstem zamknęły rynki europejskie przed dostępem naszych wędlin. Cóż, jakoś przetrwamy kolejne  szykany z godnością. Pomyślałem wówczas, kompensując sobie ewidentne upokorzenie, z dumą o polskich cwaniaczkach, którzy tak inteligentnie obniżali koszty produkcji. Sól „drogowa” to przecież normalna sól, też z Wieliczki, tylko że bez unijnego wydziwiania. I pewnie duma z tego wydarzenia do dziś poprawiałaby mi samopoczucie, gdybym przed paru dniami nie zauważył w Tesco wiaderka z napisem: „sól drogowa”. Kilogram tej soli kosztuje 2 razy drożej od kuchennej!
Co jest!? 
   
A no do tego, że przez to cholerne Tesco nie wiem już co myśleć o naszych wędliniarzach. Albo oni są jeszcze cwańsi niż wszyscy myślą, albo to skończeni idioci, którzy nie dość, że trwonią zasoby na zakupy dwa razy droższej soli, to jeszcze narażają się na radykalne pomniejszenie dochodów z eksportu, a budżet państwa na stratę po niepowstałych obowiązkach podatkowych.
No ale jeśli nasi wędliniarze  okazali się idiotami, to kim są zarządcy „Tesco”, którzy zapychając cenną powierzchnię handlową swoich marketów niesprzedawalnymi bublami, psują opinię o sobie i marketach w ogóle? Wygląda więc na to, że najinteligentniejsi w całym tym zamieszaniu okazali się Skierniewiczanie prywatnie posypujący komunalne chodniki solą spożywczą. Znów więc miałem okazję być z czegoś dumny (kogoś). Co prawda tylko przez chwilkę, wręcz ułamek sekundy, ale zawsze... Człowiek potrzebuje czasem poczuć się dumnym. Zwłaszcza człowiek żyjący w mieście, w którym powodów do dumy trzeba się mocno naszukać.

No tak. Wszystko się kończy. Ale ta sól zimą sypana to tylko dziury wyżera w chodnikach i w butach i w budżecie. Trzeba potem wywalać kupę kasy na nowe. Szczęście jeśli buty przetrwają do końca sezonu. I tak są obliczone tylko na jeden. Ale o jednosezonowych chodnikach jeszcze nie słyszałem. Poza Skierniewicami ma się rozumieć. Tutaj chodniki podczas zimy tak klawiszują i tańczą, że należałoby je przekładać od nowa co wiosnę. Niestety po kilku latach już nie ma co przekładać, bo solna korozja sprawia, że betonowa kostka zamienia się w słony żwir nadający się tylko do peklowania okolicznych drzew, krzewów ozdobnych i kwitnących bylin. O tym gdzie chodniki nie klawiszują w ogóle i dlaczego, będzie w którymś z następnych felietonów. Teraz już trzeba jednak nawiązać do tytułu, a potem zakończyć z wdziękiem. Najlepiej dowcipem, albo jakąś nauką mądrą ale interesującą, czasem smutną ale śmieszną.
I wiecie co? Powiem wam, że w Skierniewicach...

Przebiśniegi są wszędzie
Zapytałem chłopców bawiących się na osiedlowym trawniku w wydeptywanie nowych ścieżek przez mokradła, czy widzieli pierwsze oznaki wiosny? Oczywiście, że widzieli - przebiśniegi. Zapytałem, czy dużo ich? Potwierdzili, że tak, pełno, że niektóre nawet białe. Zapytałem, czy daleko stąd? Zaprzeczyli gorliwie. Poprosiłem, żeby wskazali miejsce gdzie rosną. Wskazali... Wiecie co? Nie zgadniecie. Pod nogi, na kupy wskazali. Te niby psie. Jeszcze całe, bo zmarznięte trochę, już cuchnące, gdzieniegdzie rozdeptane, a nawet rozmazane na powierzchni chodników nie do przebycia czystą stopą. „Ładne kwiatki” - pomyślałem. O naszej uzdrowiskowości najlepiej świadczące, tudzież o stołeczności kwiaciarstwa.

czwartek, 7 lutego 2013

Uzdrowisko, uzdrowisko Über Alles




(Kto zgadnie czego to definicja? Czytanie drugi raz nie daje nic) 
„ ...jest to ciąg osłonowych elementów obudowy studni kablowych oraz innych obiektów
służących urządzeniom infrastruktury technicznej związanych z potrzebami zarządzania
 drogami lub potrzebami ruchu drogowego oraz , na przykład, linii telekomunikacyjnych,
czy energetycznych.”
                                                                                                                             autor: mn(?) 

Znów o uzdrowisku proponują mi pomarzyć, poczytać. Więc czytam za dwa złote i trzydzieści groszy znów. Uzdrowisko pośmiewisko, pustych pojęć dziwowisko.„Głos” kole moje oczy  brakiem dostępu do niego w artykule z 31.01.13.r. Wcale nie do morza Skierniewice żądają dostępu, ale jak się okazuje, do uzdrowiska swojego, własnościowego. Tylko tak ściemniają na koszulkach, że do morza, ale i tak wszyscy wiedzą o co chodzi. To nawet dostępu nie ma do tego skierniewickiego uzdrowiska termalnego? Normalnie jakiś kanał! Jaja w szczerym polu. Ktoś w coś nas wrabia najwyraźniej. I rzeczywiście! „Kanał technologiczny” się  będzie „toto” nazywało i będzie zapinane w pasy drogowe i zajmować się będzie zainteresowywaniem podmiotów, które by chciały korzystać z niego między innymi. Tego kanału czyli. Czytam i się pytam dlaczego? Kto by chciał?


piątek, 9 listopada 2012

Podsrywanie psem




Zjawisko „Srania psem” po raz pierwszy zostało dostrzeżone i nazwane w kultowym już  filmie Marka Koterskiego pt: „ Dzień Świra”. Wszyscy pamiętamy działania odwetowe, jakie Adaś Miałczyński podjął w ramach zwalczania tej zawstydzającej patologii. Normalnie ubaw był po pachy. Cała Polska rechotała. Sama z siebie się śmiała. A potem temat się skończył i znów psem się sra, całkiem tak samo jak za komuny. Wiadomo, że sranie psem nie jest wynalazkiem wyłącznie skierniewickim. To zjawisko ogólnopolskie i w związku z tym, pisząc dzisiejszy felieton, muszę szczególnie uważać, żeby nie oderwać się od lokalnej specyfiki i zbytnio nie poszybować w niezwykle kuszącą sferę rozważań ogólnych. Aczkolwiek temat mało jest lotniczy. Może z tego powodu też mało eksploatowany w mediach głównego nurtu? Ostatnimi laty jest nawet jakby trochę porzucony, żeby nie powiedzieć celowo przemilczany. Mam na ten temat własną teorię spiskową. Otóż pan prezydent ma psa, premier też ma psa i nawet Jarosław K. ma psa. W związku z powyższym poruszenie tego tematu, choć pilnie potrzebne, jest niewygodne; choć uzasadnione, jest dopuszczalne jedynie w prasie podziemnej i to tylko w rozważaniach lokalnych.

Przez wzgląd na prekursorski charakter
Tytułem wstępu należałoby najpierw odpowiedzieć  na pytanie: co to właściwie jest „sranie psem”, czym ono się różni od zwykłego oddawania stolca przez człowieka, lub też wydalania kału przez inne stworzenie? Innymi słowy wpierw należy zjawisko „srania psem” zdefiniować, zakotwiczyć w aktualnie obowiązującym systemie pojęciowym i to porządnie, czyli w sposób naukowy. Potem dopiero można śledzić drogę psiej kupki od płyty chodnikowej, na przykład do talerza z obiadem, małżeńskiego łoża, czy na oddział noworodków w najbliższym szpitalu. Do dzieła więc!
„ Sranie psem” jest to załatwianie potrzeb fizjologicznych psa przez człowieka. Zazwyczaj w miejscu publicznym, aczkolwiek niekoniecznie. Należy zauważyć, że zgodnie z tą definicją, żeby zjawisko „srania psem” zaistniało niezbędny jest pies, ale przede wszystkim konieczny jest człowiek. Rola psa w tym wydarzeniu ogranicza się wyłącznie do samej czynności wypróżnienia. Człowiek natomiast podejmuje w niej decyzje strategiczne, czasoprzestrzenno-etyczne! A w szczególności: o wyborze pory dnia (zwykle wieczorkiem), miejsca (przeważnie chodnik albo trawnik) oraz o wzięciu na siebie, lub uchyleniu się od obowiązków wynikających z prawa własności do kupki.

Co z tą kupką?
Decydując się na pieszą przechadzkę, niezależnie z psem czy bez psa, zwykle poruszamy się po publicznych chodnikach, zawsze naszpikowanych tysiącami czatujących na naszą nieuwagę próbek psiego kału. Pułapki te występują w różnej postaci, w wystarczającej ilości, zawsze gotowe przykleić się do naszego obuwia, odzienia, naskórka, owłosienia, bagażu podręcznego, psa, a nawet hypoalergicznego kota. Praktycznie na obszarze naszego kraju nie ma takiej możliwości, żeby po powrocie ze spaceru  nie wprowadzić do mieszkania produktów „srania psem”. A razem z nimi toksycznych lub alergennych dla człowieka wydalin psiej przemiany materii, chorobotwórczych zarazków oraz jaj pasożytów nękających psie plemię, z glistą psią na czele. Jednak zanim zacznie nam się psi kał rozpraszać w przestrzeni publicznej, a potem przenikać do przestrzeni prywatnej i osobistej nawet, należy zauważyć, że ma on swego właściciela. Właściciela, który ponosi za niego całkowitą odpowiedzialność i co ważniejsze, którego tożsamość łatwo ustalić, a jeszcze łatwiej pociągnąć do odpowiedzialności. Trzeba tylko chcieć.


Na pasjonujący temat glisty psiej rozpiszemy się w następnym felietonie. Niecierpliwym i ciekawskim proponuję jednak pogrzebanie w internecie, lub przeegzaminowanie swojego lekarza rodzinnego. Dziś wspomnę tylko, że u psa glista psia rozwija się podobnie jak glista ludzka u człowieka. Natomiast kiedy glista psia wniknie do organizmu człowieka zaczyna się prawdziwy horror. W Skierniewicach ten horror często przyjmuje nazwę „alergii bezobjawowej”, „grypy jelitowej” - popularnej „jelitówki”, albo zwykłego niedoboru magnezu.


Pewnego wieczora, na jednym ze skierniewickich skrzyżowań załatwił się dystyngowany, starszy pan wyglądający na emerytowanego funkcjonariusza wydziału spraw obywatelskich albo poczty.  Zwróciłem mu uwagę, że skoro już się zesrał na środku chodnika to powinien posprzątać po sobie, a nie rozdeptywać „toto” tu i tam. Na to były funkcjonariusz wrzasnął, że wyprasza sobie takie uwagi, bo on po sobie sprząta zawsze, a jeżeli chodzi o jego psa to obowiązek sprzątania po nim ma Trębski (prezydent Skierniewic). Zdziwiło mnie to oświadczenie i zaciekawiło zarazem więc poprosiłem o szczegółowe uzasadnienie. Naczelnik poczty na to dość ochoczo wyjaśnił, że w Skierniewicach układ (czyli deal) wygląda tak: posiadacz pieska płaci do ratusza podatek (tzw. pieskowe), a w zamian za to pan prezydent Trębski wywiesza w pięciu umówionych punktach miasta papierowe torebki z nadrukowaną dedykacją, że mają być używane wyłącznie do pakowania psich bobków. A co jeżeli - pomyślałem z niepokojem - pies ma rozwolnienie?
Ponieważ jednak pan prezydent ostatnio przestał wywiązywać się ze swoich obowiązków, to on (ten emeryt) kontestuje „srając psem” ,w ramach protestu, wszędzie gdzie popadnie. Normalnie jak jakaś kura!

Skierniewickie układy
Przestał wieszać pan Trębski torebki czy nie przestał, każdy czytelnik (oczywiście spoza Skierniewic) przyzna, że przedstawiony układ wygląda na dziwaczny. Z pewnością jednak daje pogląd na lokalną specyfikę. Jeszcze większy pogląd na Skierniewicką specyfikę daje widok dziesiątków papierowych torebek poniewierających się po ulicach, lub tonących w błocie alejek Prymasowskiego Ogrodu. Chyba nie używanych nawet? Pozostaje mieć nadzieję, że podczas rozpoczętej właśnie rewitalizacji parku zostanie zastosowany jakiś inny sposób utwardzania nawierzchni alejek, bo ten z torebkami, jak dowodzi praktyka, jest do bani.

poniedziałek, 15 października 2012

Minister zdrowia powiedział "Tak"



Tak? Znaczy się będzie ślub? Na zdjęciu ilustrującym powyższy tytuł widzimy dwóch statecznie wyglądających facetów, czujnie patrzących sobie na ręce. A więc to nie o ślub chodzi. No chyba, że gejowski? Który z nich to minister zdrowia? I co właściwie znaczy jego „Tak”? Z niecierpliwością przybliżam do twarzy tygodnik ITS i sylabizuję drobne literki pod fotografią. Wynika z nich, że na zdjęciu widzimy prezydenta Skierniewic i wójta Makowa podczas uroczystego podpisania porozumienia o współpracy. A co z ministrem zdrowia? Czy też jest mężczyzną? ITS o tym milczy. I w sumie nie ma się czemu dziwić bo ten minister zmienia się częściej niż pościel w podległych mu szpitalach. Kto by tam sobie głowę zawracał, czy teraz jest akurat kolej na dziewczynkę, czy chłopaczka?

Rewia Stwórców

Swoją drogą zawsze chciałem zobaczyć jak wyglądają porozumienia zawierane pomiędzy znamienitymi organami administracji.