Skierniewicka Gazeta Podziemna nie uznaje tematów tabu, nie uczestniczy w towarzystwach wzajemnej adoracji, nie uznaje zobowiązań wobec żadnych koterii i lobby. SKCGP za cel stawia sobie pracę organiczną w interesie dobra wspólnego w skali lokalnej. Gazeta opiera się na uczciwości, bezinteresowności i dążeniu do prawdy siłami obywateli zwanych dziennikarzami społecznymi. Dziennikarzem takim może zostać każdy, kto potrafi napisać rzeczowy, zwięzły artykuł na poziomie przedwojennego maturzysty. Artykuł wystarczy wysłać e-mailem na adres redakcji: skcgp małpa op.pl Tekst musi być oryginalny i podpisany co najmniej nickiem, lub adresem e-mail. Redakcja nie ingeruje w teksty, nie koryguje błędów ortograficznych, nie uznaje zaświadczeń o dysleksji ani dysortografii. Warunek publikacji jest jeden. Piszemy o konkretnych sprawach lokalnych. Inaczej mówiąc nie interesują nas dywagacje ogólnoludzkie, ogólnoświatowe, ani nawet krajowe.

wtorek, 5 lutego 2013

Pogrom skierniewickich bałwanków




Kiedy do Skierniewic zawitała zima anno domini 2013, ze śniegiem, mrozem i wszystkimi innymi atrakcjami co potrzeba; mój znajomy, nietutejszy, przyjezdny, pomyślał żeby ulepić dzieciom tradycyjnego bałwanka polskiego. Prawdziwego, takiego jak należy, z trzech kul śniegowych złożonego, ustawionych jedna nad drugą w piramidę, z marchewkowym nosem, oczami i guzikami z kawałków węgla, oraz nakryciem głowy w postaci garnka z dziurką. Takiego jakie tygryski lubią najbardziej, jakiego jeszcze w Skierniewicach nie było! Co pomyślał to zrobił. Wiatr mu świstał, śnieg prószył, zewsząd obserwowali go skierniewiccy mieszczanie. Raczej z zainteresowaniem. Dziadkowie w swoich klatkach osowiali, ogłupieni emeryckim rajem ZUS-u. Babcie, co ich syn ma pracę dzięki Bogu w Warszawie, z okien blokowiska kukające, od stolnicy oderwane lub seriali, niezbyt nawet skryte za poszarzałymi firankami. Wrzaskliwi nastolatkowie roztaśtani, zgrupowani pod garażem, w przerwie na papierosa dorosłości, też udawali, że w ogóle nie zauważają bałwankowych narodzin.

Jak sprzedać pomysł na życie
Ale mój znajomek nie dał się tym pozom zwieść. Przecież od czasu do czasu łowił ukradkowe spojrzenia starszych jak i młodzianków, ciekawskie, trwające co prawda tylko ułamek sekundy, ale ogniste, wystarczające żeby  zarejestrować dokładnie najmniejsze zmiany w otoczeniu i nawet śniegu trochę stopić. Mogliby pomóc, dumał momentami. Przyłączyć się, by się mogli bysie. Mogli by też wykazać się inicjatywą, cokolwiek sobie ulepić nie koniecznie bałwankowego, nie koniecznie ze śniegu, ku radości życia i zabawie, dla rozgrzewki, lub dla szczęścia, zdrowia, pomyślności rodziny, a nie tylko siedzą. Przemyśliwał szczerze, radośnie i praktycznie - pod wpływem serotoniny co się wytwarza w organizmie podczas wysiłku fizycznego i chroni przed  skłonnościami samobójczymi.
            Kiedy mój znajomy skończył dzieło, otarł pot z czoła zmrożony, zaczerpnął świeżego powietrza pełne płuca  i z dumą westchnął rozglądając się wokoło, oczekując przyjaznych uśmiechów sąsiadów. Może nawet wdzięcznych pozdrowień? Srodze się jednak zawiódł napotykając ich martwe spojrzenia zamiast oklasków, wrogie i jakby wręcz obrażone.

Gdzie się podziały wszystkie bałwany
Następnego dnia z rana nie było jego bałwanka. Żadnego nie było w całych Skierniewicach, jeżeli o ścisłość chodzi, ale on o tym nie wiedział! Pozostał tylko żal i mróz. Kupka śniegu została z bałwanka znajomego, podeptana i na żółto obsikana, oraz spojrzenia sąsiadów uciekające, garstka psich bobków zamrożonych obok, złożonych niby jaja w kupkę. Nawet marchewka i węgle gdzieś zniknęły, o garnku z dziurką nie wspominając. Mój znajomy nie przejmując się tym postawił nowego bałwana. Bałwanisko nowych czasów wręcz to było, całkiem łyse, ulepione na skinhead'a zgodnie z prawem Kopernika-Grishama ze śniegowo-gruntowej brei mrożonej, petami pikowanej i liofilizowanymi ćwiekami sobaczych bobków. Już bez nakrycia głowy z naczynia dziurawego na pokuszenie złomiarzy wystawionego, z nosem nie marchewkowym, lecz sopelkowym, z guzikami nie z węgli a z pożółkłych liści ugniatanych w kulki na pohybel złemu urokowi. Tylko oczy miał piękniejsze niż poprzednik, czarowne, iskrzące czerwienią rajskich jabłek z których Skierniewice od lat słyną. Miał bo już go też nie ma. Krócej niż poprzednik stał. Ledwo mój znajomek do „Biedronki” i spowrotem obrócił, się przewrócił. A potem jak poprzednik wdeptany został w tło. Tym razem białe. Trzeciego bałwanka nie było.
A ja widziałem jak się tłum podkradał, jak się szykował do przewrotu bałwana numer dwa. Krok po kroku bez odwagi, obrzydliwie się przy tym obmacując spojrzeniami porozumiewawczymi. Taki jakiś nienawistny ten tłumek był, cichy niby ryba, staro młody, opętany jak pirania smakiem mięsa.
A potem zrozumiałem, że w naszym uzdrowisku nie ma miejsca dla śniegowych bałwanków już od dawna. 

wtorek, 29 stycznia 2013

Ochydny studniczek kontra milusia kupa amstaffa w sosie uzdrowiskowym




Od dawna zastanawiało mnie, jak to jest możliwe, że prezydent potrafiący z zapyziałego postwojewództwa stworzyć dobrze prosperujące (czyli dochodowe) uzdrowisko średniej klasy europejskiej, ma problem na przykład z uwolnieniem podległego mu obszaru od plagi glisty psiej. O tym wrednym parazycie ceniącym sobie ludzi pisałem w felietonach pt: „Terroryści w Skierniewicach – czyli jak zarazić miasto toksokarozą”, oraz „Podsrywanie psem”.
Albo kiedyś też zadziwiało mnie dlaczego w SKC tak łatwo udaje się policji karać obywateli mandatami za łamanie przepisów ruchu drogowego, a tak trudno za zanieczyszczanie przestrzeni publicznej odchodami.

Odpowiedzi znalazły się proste, ale i złożone zarazem
            Po pierwsze, co do karania, to ludzie nie są wcale Ci sami.
            Po drugie, o ile chodzi o SKC-zdrój, to prezydent Trębski zabezpieczył się wobec wyborców sprytnym impasem. Mianowicie zobowiązanie stworzenia uzdrowiska uczynił wymagalnym dopiero pod koniec swojej piątej, szóstej, albo może i siódmej kadencji. Do tego terminu (około 6x4=24lata, oczywiście minus minione 6) ma czas, wolne ręce, a nawet czyste, i może sobie spokojnie dorabiać na boku doskonaleniem „Operatów Uzdrowiskowych” oraz zabiegać u kolejnych ministrów zdrowia o ich zatwierdzanie, albo przynajmniej namaszczanie olejem świętym, olewem (...aniem ?). Zatem jeśli wyborcom przypadkiem przyszłoby demokratycznie do głowy wypowiedzieć mu zatrudnienie przed upływem owego terminu magicznego, to sami będą sobie winni niepowstania obiecanego zdroju skierniewickiego, homeopatycznego i z pewnością odpowiedzą za to przed Bogiem, Historią a może nawet dzisiejszymi przedszkolakami. Oczywiście o ile wcześniej ktoś tym przedszkolakom nie natłucze do głowy w ramach obowiązku szkolnego, że rozpamiętywanie przeszłości jest mało trendy czyli beee, e, e, e...
            Po trzecie przywilej obsrywania psem przestrzeni publicznej jest formą dodatku do emerytury zarezerwowanym dla wieloletnich, zasłużonych działaczy w spoczynku, zwłaszcza tajnych współpracowników (TW) bezdzietnych, bojowników o wolność socjalistyczną, demokrację proletariacką, budowniczych nowego ładu, przejawiających się między innymi spółdzielczością komunalno-kolesiowską, jednostką Ludowego Wojska Polskiego w likwidacji doszczętnej, „Białym Domem” i w ogóle „Widokiem” całym, i nie godzi się teraz raz darowanych im serwitutów odbierać.
            Po czwarte mandaty są dla równych. Tych równiejszych się odróżnia na podstawie marki i wyglądu samochodu tatusia, mamusi, tudzież ojca chrzestnego. Policja lokalna jest od dawien wyuczona (czulona) czyjemu synusiowi mandatów wlepiać nie wypada, zwłaszcza za przekroczenia promili we krwi, km/h; niemanie fotelików, pasów, świateł, i gdyby nagle miała spamiętywać jeszcze rasy psów srających i ich rodowody to by normalnie dostała pier$.  

No a co z córusią – czyli w mordę prostaka
Tak więc nie do pomyślenia się porobiło, żeby jakiś ogródkarz działkowy, nieokrzesany, pozwalał sobie w Skierniewicach córeczkę tatusia z dobrej rodziny co ją stać na amstaffa, przymuszać do zajęć podłych, na sprzątaniu gnoju tegoż amstaffa polegających. Choćby i na podjeździe własnego garażu. Patrz artykuł pt: „W twarz za uwagę” ITS nr 3 z 18.01.2013.r. Tak więc w pełni usprawiedliwione wydaje się, że mu spoliczkowała gębę niewyparzoną nie czekając aż ogródkarz, wyglądający na ciecia, okaże się niebezpiecznym pedofilem jakimś nielubiącym zwierząt, albo nawet gwałcicielem samotnych panienek akurat srających amstaffem w miejscu zacisznym i prawie jakby do takich celów stworzonym. Swoją drogą nie bez przyczyny mądrzy ludzie powiadają, że zwierzę, dajmy na to taki amstaff, od razu wyczuje człowieka złego i go odróżni od dobrego targając nogawkę, albo nawet i w kroku. Reasumując można udowodnić z łatwością, że temu staremu wcale tak bardzo na porządku nie zależało i czystości publicznej, jak na prowokacji i sianiu niezgody międzyludzkiej. Jakby było inaczej, to sam by tę kupę sprzątnął bez hałasu, jak to zawsze zwykł robić do tej pory, no. Od tego chyba jest? 

O kupie było dużo, no to teraz trochę o studniczku
Oto w tym samym numerze ITS-u  (z 18.01.2013) pojawiło się doniesienie, że w łowickim wodociągu wykryto kiełża zwanego studniczkiem. Taka niby krewetka cała biała, palce lizać, trochę za mała żeby ją na masełku usmażyć, podając z siekanym czosnkiem i natką pietruszki. Dlaczego akurat w łowickim wodociągu ją wynaleziono, a nie skierniewickim, czy rawskim, nie wiem. Przecież i tu i tu występują. Nomen omen studniczki się pojawiły zaraz obok informacji o rozpoczęciu tegorocznego sezonu studniówkowego. Chodzi o bale licealistów organizowane cirka 100 dni przed maturą. Gdybym był miłośnikiem spiskowych teorii na pewno dopatrzyłbym się w owym zbiegu okoliczności tajemnych związków, konsonansów, albo nawet zaszyfrowanych kodów. Bo przecież czy to może być przypadek, że akurat teraz, wypłynęły te sympatyczne skorupiaki na łamy ITS-u, w samym środku karnawału? Obecność studniczków w wodociągach jest zjawiskiem raczej pospolitym, czego niestety nie da się powiedzieć o łamach lokalnej prasy. Ich występowanie w wodociągach świadczy, że woda jest czysta, zdatna do picia i co najważniejsze zdrowa! Bo nie zatruta nadmiarem na przykład chloru. O czym świadczy ich obecność w ITS-sie? Nie mam pojęcia. Mnie w studniczkowej informacji  najbardziej poruszyło obrzydzenie i urojone poczucie zagrożenia, jakiemu przy tej okazji dali wyraz tak zwani normalni obywatele, a właściwie to zdanie sobie sprawy, że jednocześnie ci sami ludzie w ogóle nie dostrzegają niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia swoich bliskich w milionowych nakładach psich ekskrementów opanowujących całą publiczną przestrzeń.


piątek, 25 stycznia 2013

Co w sobie mają cycki Patrycji Pająk






Nie tylko na pierwszy rzut oka, ale i na drugi odpowiedź jest prosta: cycki Patrycji Pająk w sobie mają silikonowe wkładki, miłe w dotyku, ufundowane przez Łukasza M. funkcjonariusza policji drogowej z Łowicza, które zainstalował za ok. 18 tys złotych chirurg, doktor medycyny plastycznej, pan Sławomir Łoń



poniedziałek, 21 stycznia 2013

Polowania z nagonką ciąg dalszy




 W „Głosie” z 17 stycznia 2013 mamy kontynuację polowania na czarownice. Znaczy się na tzw bliżej nie określonego „Skierniewickiego Blokersa”. W artykule pt: „Bezpieczniej na Osiedlu Południe” autorstwa pani (?) anw  (najprawdopodobniej Anny Wójcik Brzezińskiej) możemy sobie obejrzeć fotografię  przedstawiającą lokalnych ważniaków wyglądających naprawdę groźnie, zwłaszcza w mundurkach; oraz poczytać jak się rozwija kampania nienawiści wobec obywateli blokersów, których jedyną przewiną jest to, że regularnie składane są skargi na ich lokale mieszkalne. I to dokładnie nie wiadomo przez kogo. Przynajmniej tak to przedstawia dziennikarka w inkryminowanym artykule. Być może w rzeczywistości odbyły się oficjalne śledztwa, cywilizowane postępowania dowodowe, praworządne procesy karne przed niezawisłymi sądami, w których zapadły sprawiedliwe wyroki i nawet już się uprawomocniły? Być może nie zostały naruszone prawa człowieka i konstytucyjne. Być może... Jednak pani anw o tym nie informuje w swoim artykule.

Nikt nie może czuć się bezpiecznie
 Ale jeżeli rzeczywiście tak to się odbyło, to  pozostaje mi złożyć ubolewanie na ręce Beaty Maly - Kaczanowskiej redaktor naczelnej „Głosu” z powodu, że jeden z jej pracowników (najprawdopodobniej Anna Wójcik Brzezińska?) zupełnie bezpodstawnie wykreowała na bandę rasowych nazistów panów Piotra Łyżnia, Leszka Trębskiego, Grzegorza Płuska i nie wymienionych z nazwiska, za to dobrze widocznych na załączonej fotografii przedstawicieli komendy policji, straży miejskiej, zarządu spółdzielni mieszkaniowej oraz  lokatorów kamienicy przy ulicy Mszczonowskiej 36.

Przedstawiona w artykule (wykreowana?) banda nazistów wydaje się czyhać na z góry upatrzone lokale mieszkalne, pałać nieposkromioną chęcią zadbania o „ lokal, który zajmują osoby nie potrafiące przystosować się do życia we wspólnocie”. Jakiej wspólnocie? Nazistów? Dalej dowiadujemy się, że wobec tych „nieprzystosowanych”: „wszczęte zostało postępowanie komornicze. Podjęta zostanie zatem próba zbycia lokalu”. A więc Eksmisja! Potem przetarg i gotóweczka do kasy! Miejskiej? Eksmisja jest tu słowem kluczem. Nie praworządność, nie porządek, nie sprawiedliwość, ale właśnie eksmisja! Eksmisja to środek ciężkości całego zamieszania, epicentrum wokół którego prasowe fakty układają się niczym puzzle, w  nieomal logiczną układankę. Socjalizm narodowy! Reszta jest prosta, znana i wiele razy wypraktykowana w historii.

Ostateczne rozwiązanie kwestii na przykład blokerskiej
Od lat trzydziestych XX wieku, kiedy biurokracja wyczerpie proste sposoby zwiększania dochodów sięga po eksterminację mniejszości. Jakiejkolwiek mniejszości, byle bogatej. Kiedy kończą się takie zasoby jak: mandaty,  grzywny, kontrybucje, możliwość podnoszenia istniejących podatków, wynajdywanie podatków nowoczesnych, wymyślanie parapodatków typu ryczałty za wywózkę śmieci, za korzystanie z wody gruntowej, deszczowej, czy nawet tlenu atmosferycznego (tzw opłata uzdrowiskowa), obywatelu najwyższy czas poważnie pomyśleć o bezpieczeństwie swojej rodziny!
Na ofiary eksterminacji zawsze świetnie nadawali się Żydzi, Templariusze, Połabianie lub Jaćwingowie, ale kiedy ich zabraknie wystarczy wynaleźć kułaków, jehowych, ciemnogrodzian, blokersów, alimenciarzy, katolików, kochających odwrotnie, lub nawet tzw „niepotrafiących przystosować się do życia we wspólnocie”. Z pewnością kwalifikujesz się czytelniku do którejś z wymienionych kategorii.

Na kogo wypadnie na tego bęc czyli deja vu
Kiedy już wytypowana zostanie mniejszość docelowa, najpierw trzeba skłócić z nią sąsiadów. Zrobić medialną nagonkę, obrzucić ofiary błotem inwektyw, pozbawić dobrego imienia, godności, prawa do pracy, wyizolować z reszty społeczeństwa, upewnić się, że nikt już nie odważy się podjąć obrony ich praw podczas ostatecznego rozwiązania. Dla uprawomocnienia barbarzyństwa można uchwalić jeszcze ustawy wzorowane na norymberskich i do dzieła! W odpowiednim, starannie wybranym momencie, należy uderzyć, najlepiej w formie komorniczego blitzkriegu, z pomocą wermachtu albo bez, a następnie wywieźć delikwentów (hołotę, brudasów, dziadów, podludzi) gdzieś za miasto, do kabackiego lasu, w siną dal... Potem już spokojnie można zaharapcić dorobek ich życia. Na przykład i-poda, oryginał Windowsa, mieszkanie wraz z umeblowaniem, samochód, weki z piwnicy, pościel z szafy, składki 40 lat w ZUS-ie ciułane,  złote zęby, biżuterię, videło...
I jeśli wierzyć pani redaktor anw chyba właśnie to się zaczyna dziać znowu, w samym środku Europy, na naszych oczach, w wolnej Polsce, w naszym mieście. Nie do wiary.

piątek, 18 stycznia 2013

Polowanie na „blokersa” z nagonką




„Nie w Skierniewicach ukuto pojęcie blokersa. Mówimy o zjawisku społecznym, z którym postaramy się sobie poradzić” - Się Sobie czytamy na 12-tej stronie tygodnika „Głos” z 10 stycznia 2013.r. w artykule pt: „Miasto zapowiada walkę z blokersami – będą eksmisje”. Czytamy i czytamy, z uczuciami mieszanymi czytamy i w końcu się nie dowiadujemy co to za zjawisko społeczne te „blokersy”, ani gdzie ukuto takie pojęcie, ani nawet dlaczego ich tak bardzo nienawidzimy? Bo chyba nie za to, że przesiadują na klatkach schodowych i że my się ich boimy na palcach chodzimy?

Ludzie listy piszą
Jedyne czego tak naprawdę się dowiedzieliśmy z artykułu pani anw to to, że ludzie listy piszą do wszystkich świętych. Do Spółdzielni Mieszkaniowej, Księdza, Popa, Goździkowej, Rady Miejskiej, Parafialnej, Straży Miejskiej i Pożarnej, Mikołaja, Prezydenta, więcej świętych nie pamiętam.
A w ogóle to skąd wiadomo, że to ludzie? Że pisać umią, umieją? Wiceprezydent Łyżeń też napisał i nawet uniżenie przekazał petycję do policji z prośbą o podjęcie działań! A policja „olała go ciepłym moczem” - jak mawiają „blockersi”. Na drugi raz niech nie zawraca policji joisticka podczas sesji „Eage of Empire”!

Nie drażnić Lwa
W związku z czym wściekły pan Łyżeń pogroził im dużym palcem w bucie, potem małym, a następnie postanowił wziąć sprawę w swoje ręce. Te ręce. Niestety „miasto, jako samorząd w podobnych sytuacjach niewiele może zrobić” - pożalił się pani redaktor „Głosu”, ale on jako Łyżeń Piotr i tak się postara. Może na przykład  powęszyć po teczkach  ratuszowego archiwum w poszukiwaniu tzw „haków”. W celu „sprawdzenia czy na tych dwóch (tych dwóch!)  lokalach nie ciążą prawomocne wyroki eksmisyjne”? No bo jeśli przypadkiem, dajmy na to ciążą, to „wówczas będziemy mogli przeprowadzić tych ludzi (podludzi?) pod adresy dalece odbiegające od standardów których dziś nie doceniają”. Krótko mówiąc do getta... Ta ta ta... ta! Czy czegoś nam to nie przypomina? Nie, nie „do gazu”, jeszcze nieee. Chyba nie... (dziennikarz nie dopytał) ale chyba, na pewno nieee...

Jak być powinno w normalnym kraju
Obywatele w wolnym kraju mają prawo obawiać się Blokersów, Setlersów, białych myszy a nawet Krasnoludków. Obywatele  mogą nie wiedzieć do kogo się zwrócić ze swoimi problemami i obawami, ale „Wszyscy Święci” bez wyjątku, kiedy otrzymają skargę od obywatela, mają psi obowiązek ją rozpatrzyć, jeżeli w świetle obowiązujących przepisów są organem właściwym; albo przekazać ją do rozpatrzenia organowi właściwemu, w terminie siedmiu dni i pisemnie powiadomić o tym zainteresowanych.
Mowa oczywiście o reakcji na podpisane pisma. Niepodpisane donosy powinny lądować w koszu na śmieci i to bez czytania. Do czego prowadzi czytanie donosów możemy się przekonać na przykładzie zastępcy prezydenta. Nie ma wątpliwości, że organem właściwym do rozpatrzenia zagrożenia odczuwanego przez mieszkańców kamienicy przy ul. Mszczonowskiej 31 jest Policja. Piotr Łyżeń winien więc przekazać skargi mieszkańców Policji i ich o tym zawiadomić w ciągu 7dni. Jeżeli potrzebował przy tej okazji się wykazać przed wyborcami, to mógł przystąpić do sprawy w charakterze strony i po 2 miesiącach przypomnieć policjantom, że  kończy się im czas na jej załatwienie. Jeżeli potrzebuje jeszcze bardziej się wykazać może z powodu bezczynności policjantów rozpętać aferę w prasie. Ale nie może pod tym pretekstem knuć i węszyć w celu ograbienia ludzi, z godności, dobrego imienia, czy mieszkania! To jest barbarzyństwo, cofnięcie się w rozwoju o tysiące lat!

O objawach odczucia zagrożenia
Jeżeli odczucie zagrożenie odczuwane przez mieszkańców kamienicy przy ul. Mszczonowskiej 31 znajdzie potwierdzenie w faktach, zeznaniach świadków i dowodach materialnych, policja winna przekazać sprawę prokuratorowi, jeżeli nie, to też jemu ale ze wskazaniem naruszenia dóbr osobistych obywateli nazywanych tu blokersami. Jeżeli przestępstwo zaliczane jest do tych ściganych z urzędu, prokurator ma obowiązek zabezpieczyć dowody, przesłuchać świadków i maksymalnie w terminie trzech miesięcy  przedstawić oskarżonym zarzuty, po czym wystąpić z oskarżeniem do sądu.

Zapomniana w Skierniewicach zasada
Dopóki sąd nie wyda wyroku, a wyrok się nie uprawomocni, blokers nie blokers ma być uznawany za niewinnego! Nazywa się to zasadą „domniemania niewinności” panie Łyżeń (!)  i uważa za jedno z największych, cywilizacyjnych osiągnięć białego człowieka. Wciąż jesteśmy z niej dumni panie Łyżeń! Ta sama zasada odnosi się jednakowo do żydów, weterynarzy, kominiarzy, homoseksów, blokersów i wszystkich inny obywateli RP oraz ich gości. Żadnych, kurwa więcej polowań na czarownice w Skierniewicach!

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Czego nie warto zwiedzać w Skierniewicach




Moja znajoma pochwaliła się ostatnio, że otrzymała list od samego pana magistra Pawła Koźbiała.
–         Nie znam - odparłem.
–         Napisał, że jest dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 2 – wyjaśniła z zapałem – i że zaprasza mnie do jej zwiedzania podczas „Dnia Otwartego”.
–         A co tam jest ciekawego do oglądania? – rzuciłem od niechcenia.
–         Nie rozumiesz, chodzi o to, żeby zapisać do nich moje dziecko...
–         Czterolatka? - skrzywiłem się zdumiony.
–         Jak sądzisz, chyba warto skorzystać z zaproszenia? - szukała  aprobaty w moich oczach zupełnie jak pięciolatek – wprawdzie planowaliśmy zapisać dziecko do „piątki” bo tam podobno jest wyższy poziom, ale...
–         Pokaż - bezceremonialnie wyrwałem jej z dłoni kserokopię zaproszenia.Wbiłem się w jego treść krecąc głową coraz bardziej. Dziecko ma dopiero cztery lata, nie potrafi samodzielnie zasznurować butów, wytrzeć nosa, odróżnić „wczoraj” od „jutro”, powstrzymać się od walki o zabawkę cieszącą się akurat zainteresowaniem innych rówieśników, a te jełopy chcą je zmusić do trzymania moczu przez 45 minut i oddawania go w kiblach o estetyce więziennych karcerów? Do tego zwykle ozdobionych obscenicznymi grafiti i tekstami godnymi samego markiza de Sade? - Nie, nie warto – orzekłem kończąc czytanie.
–         Dlaczego?
Mój wyrok wyraźnie ją zaskoczył. Jej zdumione oczy świdrowały przestrzeń niczym impulsy boi ratunkowej.
–         To proste. Ten pan nie okazał Ci szacunku. Jeżeli mimo tego ulegniesz jego naciskom potwierdzisz, że rzeczywiście na szacunek nie zasługujesz. Ani Ty, ani Twoje dziecko.
Nie zrozumiała. Przez chwilę boksowała się z nadmiarem myśli.
–        Plizzz oświeć mnie, nie daj się prosić - poprosiła błagalnie.
–        OK – zgodziłem się natychmiast, ale postanowiłem zrobić dłuższą pauzę dla podkreślenia powagi sytuacji - jak się domyślam... – znów pauza - dziś jak zwykle oczyściłaś swoją skrzynkę na listy, z reklamowych śmieci – znalazłem w jej oczach potwierdzenie więc kontynuowałem dalej – co takiego sprawiło, że spośród całego stosu makulatury wybrałaś do naszej dyskusji akurat tą reklamę?
–        To nie była reklama. No i koperta była adresowana osobiście do mnie – spuściła oczy – była biała jak koperty urzędowych pism i nawet miała naklejony znaczek pocztowy.
–        Nie zastanowiło Cię skąd nadawca wziął Twoje dane osobowe? - o funduszach na taką hucpę już nie wspominając, pomyślałem.
–        Nie – odparła jakby to było oczywiste – wziął je z Urzędu Stanu Cywilnego.
–        I co sądzisz, że każdy kiedy zechce może pojść do USC i wyciągnąć stamtąd informacje jakie chce i o kim zechce?
–        No nie, ale dyrektor szkoły chyba może?
–        Nie może – przeciąłem jej niepewność – mógłby gdyby działał jako organ administracji właściwy do dokonania jakichś czynności prawem mu poleconych. Ale wówczas musiałby zachować standardy wynikające z KPA.
–        Co to jest Kapea?
–        Kodeks postępowania administracyjnego.
–        Dlaczego uważasz, że ich nie zachował?
–        Bo chodziłem do szkoły gdzie uczyli o takich sprawach na WOS-ie – uśmiechnąłem się – W tej szkole na pewno tego nie uczą. Pan dyrektor „dwójki” nie podał nawet podstaw prawnych usprawiedliwiających jego działanie. O innych rzeczach wymaganych formalnie bądź zwyczajowo już nie wspomnę. 
–        Podał, o tu – wskazała palcem na wytłuszony i grubą czcionką drukowany tekst
„ Dzieci w wieku pięciu lat podlegają obowiązkowemu przygotowaniu przedszkolnemu”
–        Miałaś rację, to nie była reklama.To była groźba. – nawiązałem kontakt wzrokowy –  Podstawą prawną jest tytuł ustawy, numer artykułu i numer Dziennika Ustaw z którego pochodzi treść, a nie jakieś formułki wyssane z palca.
–        Nie wierzysz, że istnieje obowiązek szkolny dla pięciolatków? - wydawała się zdezorientowana.
–        Wierzę, że ktoś, kto rozwiązuje swoje problemy przy pomocy nakładania takich obowiazków na  pięcioletnie dzieci, nie nadaje się na ich opiekuna. 

środa, 2 stycznia 2013

Skierniewicka Opowieść Wigilijna



W sobotę przed Wigilią, która tego roku przypadła w poniedziałek wybrałem się na miejskie targowisko w celu „złowienia” karpia na świąteczny stół, choinki i paru innych drobiazgów, a przy okazji, jak zwykle, dokonania obserwacji i pozyskania interesujących informacji.

W nowym targu stary duch
Wszystkim wiadomo, że kilka tygodni temu skierniewicki handel bazarowy wrócił z wygnania na „stare miejsce”. Żeby nie powiedzieć „śmieci”. Handlowcy zdążyli nawet już wyrobić sobie pojęcie o całym, z tym związanym wysiłku rewitalizacyjnym władz. Chciałoby się napisać, że po gruntownej przebudowie skierniewickiego targowiska trysnęło optymizmem w narodzie, że nastąpiła radykalna poprawa obsługi kupujących, estetyki, jak i warunków pracy sprzedawców, że „stare miejsce” jest zupełnie czymś nowym. Takie panegiryki próbowała, zdaje się, przeforsować wkładka do rozkładówki ITS-u pt: „Wieści z Ratusza”, ale bez przekonania, bo niestety żadna poprawa nie nastąpiła. Nie dobudowano drugiego poziomu na parkingi, futurystycznych podjazdów i dojazdów,  nie ozdobiono otoczenia wodotryskami, gustowną zielenią, ani małą architekturą. Wielkiej architektury też nie zbudowano. Wszyscy użytkownicy są zgodni, że jakościowo nie zmieniło się nic, ale to dobrze, mogło być znacznie gorzej. Długo straszyły pogłoski, że prezydencki projekt rewitalizacji targowiska przewiduje podmiankę nawierzchni brukowej na żwirowo-żużlową. Jak z tymi projekcjami naprawdę było już się nie dowiemy. Być może były to  tylko pozbawione podstaw plotki, ale możliwe też, że w ostatniej chwili ktoś uświadomił sobie jakie skutki da cofnięcie w rozwoju miejskiego targowiska do epoki późnego Gomółki i temu przeciwdziałał.  

Komu nie szkoda?
Ech... Trochę szkoda tych utopionych milionów, powiadają ludzie. Owszem nowy bruk betonowy, jak wszystko co nowe, wydaje się lepszy (dopóki nowy) od„trylinki”, trochę już nadkruszonej zębem historii. A właśnie! Czy ktoś wie co się z nią teraz dzieje?
Następne dwie, może trzy zimy pokażą czy lepiej było starej, sprawdzonej nawierzchni nie ruszać. Mieszkańcy robią zakłady czy zarządcy miasta zatroszczyli się o rękojmię chociaż na ten okres. Doświadczenie podpowiada że „nie”. Dziennikarze lokalni taktownie nie przepytują władz na temat takich banałów. Zdecydowanie preferują lukrowane pierniczki o wodolejcznictwie uzdrowiskowym.

Brak pomysłu jest zgodny z logiką systemu
Wymiana starej nawierzchni na nową to wszędzie na świecie okazja do przeanalizowania funkcjonalności istniejących rozwiązań. Skierniewicki prezydent nie odczuwał potrzeby dokonania podobnych analiz. Po prostu nie miał takiego pomysłu. Mimo, że dysponuje własną pracownią urbanistyczną, pracownią architektoniczną żony, około siedmioma innymi w ścisłym centrum miasta, ze dwudziestką po okolicy, oraz setkami  w pobliskich metropoliach. Nikomu jednak sporządzenia takich koncepcji nie zlecał. Najwyraźniej, zadowolił się pomysłem na przerób. Podobnie jak ten przerabiany przy okazji „Rewitalizacji Parku Miejskiego”.
Czy na targowisku również działano zgodnie z zasadmi słynnego systemu „Buduj i Projektuj”?
Jeżeli tak to bardzo, bardzo źle! Albowiem system ten, ma systemowo wbudowany brak pomysłów.
Inaczej mówiąc gdyby nawet jakiś pomysł, jakimś cudem się pojawił to zgodnie z logiką „systemu” przepadnie. Nie ma, że zmiłuj się i tym podobne, koniec, finito, szlus, czyli, że ujnia z grzybnią.
Gdyby w mieście zrobiono burzę mózgów, konkurs na pomysł na zagospodarowanie targowiska i nikomu nic by się nie udało wymyślić, przynajmniej prezydent mógłby spać spokojnie, z przekonaniem że dokonał wszystkiego co możliwe i najlepsze. Co, że i tak śpi spokojnie? Przestanie gdy podatnicy przyjdą pod okno jego sypialni i zakolendują jak niedawno Jaruzelskiemu. A poza tym jest jeszcze Historia i Bóg.
A propos, znacie tę historię jak to urzędnicy skierniewickiego magistratu zasłynęli w całym świecie, wypłacając sobie wzajemnie pensje za rok z góry, a następnie uciekając do lasu?
Pisałem o tym w jednym z wczesniejszych felietonów, poszukajcie.

Zawód niemiłosny
Wielu skierniewickich handlowców przyznaje, że miało nadzieję, iż przebudowa targowiska podniesie prestiż ich miejsca pracy, ich samych, miasta w którym żyją i płacą podatki, że stanie się dowodem rzetelności władz, a nawet uwiarygodnieniem uzdrowiskowo-turystycznych projekcji.
Prawda, że pokrycie wiat targowiskowych przezroczystym poliwęglanem czyni tutejszy handel nieco jaśniejszym. Szkoda, że proporcje blatów straganowych pod zadaszeniem, dobrano jeszcze gorzej od poprzednich, też przecież niezbyt udanych. Użytkownicy męczą się z nimi ironizując, że prezydentowi trochę się pomyliły z biurkami. Trochę... Ludzie są zdania, że najlepiej byłoby w ogóle nie robić stałych stołów. Wymianę nawierzchni też możńa było jeszcze odłożyć. Przynajmniej do czasu aż się zbiorą fundusze na budowę parkingu, na przykład podziemnego pod płytą targową, mówią. Mówią niepewnie, ściszonym głosem, jakby z przestrachem. Do społeczeństwa obywatelskiego jeszcze im daleko. A więc wszystkiego najlepszego w nowym roku.

wtorek, 18 grudnia 2012

„Wieści z Ratusza” - czyli pornografomania




Dziś będzie  refleksja o kilku sprawach, na które zwróciłem uwagę w rozkładówce ITS-u nr 50 z 14.12.12.  Chodzi o strony: 12-tą i13-tą. Wszędzie na świecie czasopisma utrzymujące się z zaspokajania potrzeb czytelników, zamieszczają na swych rozkładówkach materiały trwalsze od pojedynczego numeru, przyciągające uwagę i łatwo zapamiętywalne jako ikony popkultury, nadające się na reklamowe plakaty gotowe do oprawienia i powieszenia na ścianę, np: w charakterze kalendarza, planu miasta, rozkładu jazdy metra, reprodukcji dzieła sztuki, zdjęcia malowniczego lanszaftu, pięknej dziewicy lub ulubionego idola. W ITS-ie „rozkładówkę” oddano w używanie bliżej nieokreślonym profesjonalnym amatorom, najprawdopodobniej z ratusza (?). Wskazywałby na to szyld pod którym się produkują, a mianowicie: „Wieści z Ratusza”. Najwyraźniej miejscowy wydawca postanowił spełnić ukryte marzenia urzędników skierniewickiego magistratu udostępniając im swoje najsłabsze miejsce. A skoro spełnił ich marzenia, to może przy okazji świąt spełni też niezaspokojone aspiracje Skierniewickiej Gazety Podziemnej?

Nocnikarstwo czyli dziennikarstwo po godzinach
Długo się nie zastanawiając Skierniewicka Gazeta Podziemna wysmażyła do redakcji ITS-u e-maila z ofertą współpracy, proponując zapełnianie jej rozkładówki poszukiwaną przez konsumentów, świeżą, jędrną i pełnowartościową treścią z pierwszego tłoczenia, a nie jak do tej pory liofilizowaną papką z dodatkiem ciężkostrawnych dupowkrętów, spulchniaczy i emulgatorów. Na co otrzymała odpowiedź sugerującą, że jej oferta jest (oględnie mówiąc) „niekonkurencyjna”. Z czego wynika, że urzędnicy magistratu wykupili cenne łamy ITS-u za lepsze  pieniądze (ciekawe jakie?), co im niewątpliwie daje prawo zabawiania się do woli w redachtorów i nocnikarzy. Co? Że to wcale nie żadne nocnikarstwo, tylko normalnie dziennikarstwo urzędowe prosto z magistratu, kitujące ITS-ową rozkładówkę w ramach służbowych obowiązków!?
Wszystko fajnie, tylko dlaczego tak fatalnie zaniżają poziom czasopisma, nie biorąc za to nawet  grama odpowiedzialności? To nie dziennikarze. Raczej typowe urzędoły rozciągające swój biurkowy etos i wieloletnie przyzwyczajenia do unikania odpowiedzialności wprost na łamy publicznego pisma.
Dlaczego ITS pozwala by na jego łamach funkcjonowały podwójne standardy?
Jakim prawem naraża swoich czytelników na czytanie niepodpisanych przez nikogo tekstów?
Do tej pory żadnej cywilizowanej gazety nie stać było na publikowanie anonimów! No może poza gadzinówkami w czasach narodowo-socjalistycznej okupacji i prasą podziemną, która z oczywistych względów musi chronić swoich autorów przed represjami reżymu. Kogo przed czym chroni ITS, czego się obawia dopuszczając do publikacji anonimów?

Ogólnie o szczegółach
I właśnie dlatego zamiast soczystej relacji z najzabawniejszego kabaretowego wydarzenia sezonu, autorstwa samej pani wiceprezydentowej Jabłońskiej (o którym napiszę przy innej okazji), dostaliśmy mdłą wyliczankę „co też można było” podczas Mikołajkowych odwiedzin, nie wiadomo kiedy (nocnikarz nie podał daty), na Skierniewickim Rynku.
Zamiast dowodów na to, że rzeczywiście „Uczniowie pamiętają o potrzebujących” dostaliśmy paranoidalny kogel-mogel zahaczający wręcz o odświętne szydzenie z osób słabych, chorych i poszkodowanych przez los. Jak choćby niesmaczne „CIACHO dla hospicjum”. Ciacho!
Ale zupełnym szczytem złego gustu i braku wyczucia przyzwoitości było zestawienie obok siebie publicznego zaproszenia na prezydencką wigilię z tytułem tekstu pt: „Czas na Park Miejski”.
W pierwszym momencie pomyślałem, że nareszcie Pan Prezydent wyegzekwował od zwycięzców przetargu na rewitalizację parku wykonanie czegoś, co przy odrobinie dobrej woli można by nazwać dokumentacją budowlaną, czyli po prostu „projektem” i że teraz tryumfalnie zaprasza wszystkich zainteresowanych mieszkańców na jego publiczną prezentację. Czyli że późno, ale jednak chłopina zachował się przyzwoicie, ku chwale ojczyzny i że trzeba go zrozumieć, rozgrzeszyć... A może nawet docenić?
Ale potem (kurkuma!) zajarzyłem, nieco zdziwiony, że stoi tam jak byk, iż publiczna prezentacja projektu zagospodarowania skierniewickiego kompleksu autorstwa pani Śnieguckiej-Pawłowskiej już się odbyła podczas ostatniej sesji Rady Miejskiej. Zaproszono tylko wybranych. A kuku bęc, więc znaczy się już pozamiatane? Już sobie projektu skierniewickiego parku nie obejrzymy, zdania w dyskusji nie zabierzemy? My Naród, którzy w ratuszu swoich tajnych informatorów nie posiadamy zostaliśmy wystrychnięci na dudków. Wydymani w duchu powszechnej tolerancji! Czyli, że nasza obywatelska strata? Na początku nie zwróciłem nawet uwagi, że Anonimus z ratusza sprytnie doniósł o prezentacji jakiegoś bliżej nieokreślonego „skierniewickiego kompleksu”, a nie jak byłem święcie przekonany: „Projektu Zagospodarowania Parku”. (No rzesz kurkuma druga je! Banana!) Ech, małomiasteczkowi specjaliści od lawirowania, zwodzenia opinii publicznej i pozbawiania złudzeń – pomyślałem –  przewidywalni, aż do obrzydzenia, jak robale. 

wtorek, 11 grudnia 2012

ITS o Rewitalizacji Parku - czyli PRZERÓB




„Na lokalnych forach wrze.”- czytamy w nr 47 ITS-u z 23 listopada 2012. I to jest prawda. No może „wrze” to przesada, ale fakt że temat przekrętu zwanego przetargiem na rewitalizację Skierniewickiego Parku został w internecie wywołany. Trzeba też przyznać, że w internecie padło więcej rzeczowych argumentów niż na ratuszowych spotkaniach profesjonalistów (inwestorów z  wykonawco-projektantami). To powinno dawać do myślenia. Skąd o tym wiem? No oczywiście z lokalnej prasy, która na tych spotkaniach była, siedziała i zakąszała, ale zamiast wykorzystać okazję, że banda ratuszowych cwaniaczków sama im się podkłada i rzucić bzdury przez nich opowiadane na pożarcie wygłodniałej opinii publicznej, to głupawą konwencję podchwyciła i dalej rozmydla robiąc idiotów z własnych czytelników. Po co to? Nie mam pojęcia. Chyba po to, żeby ludziska jeszcze bardziej narzekały, że ITS zszedł na psy i żeby jeszcze bardziej spadły jego nakłady?

Zadanie ITS-u
Podstawowym zadaniem i interesem każdej gazety jest dostarczanie czytelnikowi wiarygodnych, obiektywnych i użytecznych informacji. Jakie to banalne! Jeżeli czytelnik straci zaufanie co do którejś z wymienionych przesłanek, przestanie gazetę kupować, czytać i przeglądać zawarte w niej reklamy. To już mniej banalne. Ciężar utrzymania redakcji powinien wówczas przejąć ten, któremu owe kłamstwa służą. Niestety kimkolwiek by on nie był, nie będzie miał żadnego interesu w łożeniu na  niewiarygodną gazetę, nierzetelną i przez nikogo nie czytaną. Publikowanie kłamstw szybko wychodzi na jaw, zwłaszcza w prasie lokalnej, gdzie każda informacja jest łatwa do zweryfikowania bezpośrednio u źródła.
Badania związków między ludźmi (np. na NK i Facebooku) wykazały, że wystarczy łańcuch znajomych złożony z siedmiu ogniw byśmy dotarli do dowolnej osoby na świecie, nie wyłączając królowej Anglii, prezydenta USA, cara Rosji, czy herszta kartelu narkotykowego z Medelin. W środowisku liczącym 50 tys. mieszkańców, takim jak Skierniewice, owych ogniw nie potrzeba więcej niż trzy. Jednym słowem wniosek z tego taki, że żadnej redakcji, a zwłaszcza lokalnego tygodnika, nie opłaca się próbować robić durnia z własnych czytelników.
Jak to się dzieje, że opłaca się to panu Sławomirowi Burzyńskiemu z ITS-u? I to tak bardzo, że wymyślił sobie nawiedzonego Franka, który wraz z tępawą Niunią rzekomo nawołują na Facebooku do ratowania parku przed wyrębem. Otóż nie ma tam takich użytkowników! Jedynym, który wzywa na „fejsie” do dokładniejszego przyjrzenia się tzw „rewitalizacji” parku w Skc jest Skierniewicka Gazeta Podziemna. 

Co ITS pisze o swoich czytelnikach?
„Internauci przerzucają się coraz bardziej nieprawdopodobnymi informacjami na temat zaczynającej się rewitalizacji parku miejskiego. Większość opinii nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, ale dzikie fantazje o betonowaniu parku i niepohamowanym trzebieniu drzew zaniepokoiły nawet członków Instytutu Ogrodnictwa.” - koniec cytatu. Przekopałem się przez cały internet głębiej od pana Sławomira Burzyńskiego i nie znalazłem ani jednej wzmianki świadczącej, że ktokolwiek obawia się zabetonowania parku. Znalazłem natomiast kilka wcale nie takich dzikich wpisów dowodzących, że czytelnicy ITS-u obawiają się, że ktoś „wiadomokto” pod pretekstem rewitalizacji parku zamierza sporo tego „betonu” ukraść. O tym ITS milczy, gdyż pan S. Burzński akurat na te wzmianki nie trafił. Jaka szkoda.
Dobrze, że chociaż trafił na pana Sławomira Maja - sekretarza miasta, który wyznał mu w wielkiej konfidencji, że władze źle zrobiły nie publikując projektu rewitalizacji. Od początku mówiliśmy, że miasto zrobiło źle. Zgadzamy się z panem Majem, że publikacja projektu przecięłaby spekulacje na jego temat. Wszystko fajnie, więc dlaczego projekt wciąż jest tajny? Czyżby pan Łyżeń i Trębski byli odmiennego zdania niż pan Maj? Niestety odpowiedź jest znacznie prostsza. Oni wciąż nie mają żadnego projektu! Król jest nagi! Jak upublicznić coś, czego nie ma? Nie ukryją tego   żenujące listki figowe w postaci trzech fotek zamieszczonych w nr 49 ITS-u z 7 grudnia.
Na pierwszej widać schemat klasycznego monopteru, którego starożytni używali jako rodzaju (wiatki) baldachimu chroniącego cenne posągi z delikatnego marmuru przed słońcem i deszczem. Na scenę plenerowego teatrzyku się on nie nadaje, gdyż wianuszek  kolumn skutecznie utrudniałby oglądalność spektakli. Te same zastrzeżenia można odnieść do „słuchalności”  koncertów. Po co projektować orkiestrze koncertowanie zza szpaleru kolumn, nieprzezroczystych także dla muzyki, skoro można wybudować normalną scenę? Po co ją budować skoro już jest? Trzeba tylko trochę ją co? No? Zre... No zre... wi-ta-lizować. Projektanty starannie wyselekcjonowane do rewitalizacji parku jednak tak nienawidzą istniejącej tam muszli koncertowej, że muszą ją zniszczyć (zburzyć i udeptać) a potem dopiero zastąpić czymkolwiek. Powariowali? Nie. Po prostu chcą zarobić. A żeby zarobić muszą zrobić przerób. Przerób - to słowo klucz do zrozumienia większości skierniewickich inwestycji. Nie pomysł, nie dobro mieszkańców, nie profesjonalizm, nie sens i logika, ale właśnie:
P R Z E R Ó B.
Na drugim obrazku widzimy dość toporny, wręcz przedszkolny, schemat mostku wyglądający na szczytowe osiągnięcie (szczytowanie) rodzimej technologii ogrodzeniowej ze znanych i lubianych przez wszystkich, prefabrykatów betonowych. No ale na litość boską niech nam pan Burzyński tu nie ściemnia, że są to kopie mostków rodem z angielskiego królewskiego katalogu z 1886.r. i że mu te tajemnice - he, he - wyznała sama pani mgr inż. Anna Śniegucka-Pawłowska – naczelna architektka skierniewickiej rewitalizacji! Kto jak kto, ale ona z pewnością takie katalogi trzymała w dłoniach nie raz.
Na trzecim obrazku mamy konturowy schemat skopiowany podobno z ogrodzenia warszawskich łazienek. Też królewskich. Cóż – ładny. Proporcjonalny i najwyraźniej cholernie drogi. A skoro taki drogi to zapewne długo nie postoi. No, ale o to będziemy się martwić w przyszłej kadencji. Już na etacie złomiarza.

A projektu jak nie było tak nie ma
Właściwie to projekt już jest, tyle że na razie tylko na łamach Skierniewickiej Gazety Podziemnej. Może nie całkiem „projekt”, bardziej pomysł lub koncepcja, ale jest. Jakoś tak się złożyło, że powstał. Tak przy okazji, w trakcie krytyki posunięć oficjalnych władz. I jest. I niezbicie dowodzi, że nasza krytyka była konstruktywna. Zadaniem mądrych, gospodarnych władz, ceniących dobro wszystkich mieszkańców, jest sięgać do wszelkich dostępnych zasobów, wybierać to co najlepsze i wprowadzać do realizacji. Ku chwale wyborców. Bo jak zauważył pan wiceprezydent Łyżeń – odpowiedzialny za tę inwestycję: „Jeżeli nie zrobimy tego teraz, gdy mamy unijne pieniądze, to nie zrobimy tego nigdy”.
Naprawdę chodziło mu tylko o ten fajansiarski, buracko-ziemniaczany, cuchnący zapyziałą prowincją na milę PRZERÓB?

środa, 5 grudnia 2012

Wytyczne do projektowania Skierniewickiego Parku

- część III - Czyli jak wzmocnić społecznie korzystne interakcje z miastem.




Tym razem skoncentrujemy się na rzeczach, które dawno temu powinny były być zrobione przez wielce czcigodne biuro planowania przestrzennego przy skierniewickim UM, a następnie utrwalone w prawie miejscowym przez nie mniej czcigodnych Rajców. Mam tu na myśli twórcze, świadome, społecznie użyteczne, zgodne ze współczesną wiedzą urbanistyczną, wiązanie terenu parku ze strukturą miasta, rozumianą jako żywy organizm w stanie homeostatycznej równowagi. A więc o to, co wymieniłem na trzecim miejscu wśród obowiązkowych celów strategicznych  rewitalizacji „Ogrodu Prymasowskiego” (patrz felieton pt: „Skierniewicki Park - wytyczne do projektowania”). Obowiązkowych, ponieważ zdajemy sobie sprawę, że wprowadzenie jakichkolwiek zmian funkcjonalno-przestrzennych na terenie parku spowoduje jakieś skutki dla całego organizmu miejskiego. Oraz że skutki te mogą okazać się społecznie korzystne i użyteczne lub niekorzystne, a nawet szkodliwe. Jakie faktycznie będą? Czy przyniosą straty, czy zyski dla mieszkańców? Jakie zastosowano sposoby ich przewidywania, szacowania kosztów, świadomego kształtowania? Molestowaniem miejskiej biurokracji o odpowiedzi na te i inne pytania winni się zająć dziennikarze lokalnych mediów. My zajmiemy się tworzeniem dla nich punktów odniesienia.

Z uwagi na sąsiedztwo innych terenów zielonych z prowadzoną rewitalizacją parku, w tym terenów należących do Instytutu Ogrodnictwa, istnieje pilna konieczność przemyślenia ich użyteczności do celów publicznych: rekreacyjno-parkowych, wystawienniczych, reprezentacyjnych, edukacyjno-marketingowych itd. Zaręczam, że drzemią tu wielkie możliwości. Integracja obszarów zielonych będących częściami instytutów naukowo-badawczych z funkcją  parkową jest z pewnością możliwa, historycznie uzasadniona i przy umiejętnym zaprojektowaniu korzystna dla wszystkich. Wzbogacenie np: o tematyczny ogród botaniczny, zbiór (arboretum, skansen) dawnych odmian drzew owocowych, rezerwuar genetycznej różnorodności, mogłoby podkreślić wyjątkowość i niepowtarzalność Skierniewickiego Założenia Parkowo-Pałacowego, stając się jednocześnie dobrze rozpoznawalną ikoną osiągnięć tutejszych środowisk naukowo-badawczych.

Układ wodny parku
Jego kręgosłupem jest rzeka Skierniewka, podobnie jak układu wodnego w całym mieście. Decydując się na zaszczepienie na nim funkcji rekreacyjnej (łódki, kajaki, napędzane wodą makiety) od razu napotkamy możliwość wyjścia z tą usługą poza granice parku, zarówno w górę rzeki jak i w dół. Trzeba przeanalizować te możliwości (szanse) gdyż może się okazać, że tymi samymi środkami, które już mamy jesteśmy w stania dodatkowo podnieść atrakcyjność nie tylko parku, ale wizerunku całego miasta. Zwłaszcza w sytuacji kiedy jego włodarze, poważnie rozważają inwestowanie miejskich kapitałów w branżę turystyczno-uzdrowiskową. 

Jeżeli przyrównamy ruch rowerowy do przepływu strumienia wody, to łatwiej zrozumiemy skutki jakie spowodują działania władz. Ogłosiły one, że zamierzają uniemożliwić ruch rowerowy w parku, czyli zatamować jego przepływ. Tama na strumieniu powoduje spiętrzenie. Jeżeli wzrost ciśnienia natychmiast nie wyeliminuje przeszkody, pojawi się coś w rodzaju rozlewiska poszukującego innych możliwości eliminacji problemu. A jak już zacznie szukać to znajdzie, albowiem jest napisane w piśmie: „szukajcie a znajdziecie”, „kołaczcie a będzie wam otworzone”.
Na odwrót, jeżeli w ramach rewitalizacji parku, władze wprowadzą kilka realnych udogodnień zamiast bezmyślnie utrudniać tranzyt rowerowy, to możemy spodziewać się, że niewielkim nakładem uzyskamy w mieście nowatorskie rozwiązanie o randze komunikacyjnej rewolucji. Do tego całkowicie ekologiczne, poprawne politycznie, miłe sercu Unii Europejskiej i większości obywateli. Trzeba tylko poprowadzić ścieżkę rowerową od Rynku odcinkiem ulicy Senatorskiej do kościoła św. Jakuba i dalej przez nadłupiańskie łęgi do mostu pod ulicą Prymasowską (na szkicu nr 5b). Da nam to możliwość przeprawy rowerowej z Rynku na teren parku bez kolizji z ruchem samochodowym. Dla rowerzystów oznaczać to będzie zysk czasu, wygodę i wzrost bezpieczeństwa podróżowania; dla miasta nową wartościową infrastrukturę usprawniającą komunikację. Jeżeli równocześnie przy tyczeniu alejek parkowych i projektowaniu mostków uwzględni się potrzeby poprowadzenia rowerowego traktu najkrótszą drogą w kierunku już istniejącej, bezkolizyjnej przeprawy pod torami (na szkicu nr 5a) to skrócimy czas przejazdu rowerem z osiedla „Widok” na Rynek do kilkunastu minut. Będzie to rezultat konkurencyjny, nie tylko w odniesieniu do osiągnięć miejskich autobusów, ale do całej komunikacji samochodowej.

CDN?
 Prawdę mówiąc nie wiem. Skierniewice mają 50 tys. mieszkańców może znajdzie się ktoś kto tym razem mnie wyręczy? Może ktoś sypnie nowymi pomysłami? Śmiało! Z przyjemnością opublikuję artykuł na ten temat. Albo na każdy inny... Piszcie i wysyłajcie je na adres: skcgp@op.pl albo na skcgazeta@gmail.com.

wtorek, 27 listopada 2012

Skierniewicki Park - wytyczne do projektowania II




W pierwszej części wytycznych do projektowania Skierniewickiego Parku Miejskiego starałem się uświadomić decydentom i projektantom jak ważne jest uszanowanie naturalnych (historycznych) granic założenia. Mam nadzieję że udało mi się przekonać ich, iż ograniczenie zakresu opracowania do granic własności wynikłych z wieloletnich błędów w zagospodarowaniu przestrzennym jest tych błędów kontynuacją. Wskazałem również, jakie przesłanki (interakcje z sąsiedztwem) wywierają największy wpływ na formę i funkcję założenia. 

Rekreacyjna enklawa w śródmieściu
Skierniewicki Park nie jest już założeniem prywatnym. Jego głównym zadaniem przestała być rekreacja Prymasów Polski i budowanie ich prestiżu. Dziś środki na utrzymanie parku łoży społeczeństwo Skierniewic, więc wypadałoby, aby park zaspokajał jego potrzeby. Obecnie lista usług możliwych do wyświadczenia mieszkańcom przez park jest wstydliwie skromna. Można skorzystać z placu zabaw dla dzieci, ze skrótów pieszych i rowerowych, powędkować w stawie i wzdłuż Łupii, pospacerować; pozyskiwać złom metali, granitowy bruk, nasiona rzadkich drzew, drewno na opał, jaja pasożytów, urządzić piknik alkoholowy, załatwić potrzeby fizjologiczne własne jak i pieska. Koniec listy. Każdy przyzna, że na terenie parku wskazane by było zaspokojenie znacznie większego wachlarza potrzeb obywateli. Na przykład istnieje duży potencjał rozbudowy funkcji rekreacyjno-spacerowej oraz wzbogacania jej poprzez wprowadzanie spójnych stylistycznie ścieżek tematycznych: edukacyjnych (arboretum, ogród botaniczny), o charakterze estetyczno-kontemplacyjnym (stałe i czasowe ekspozycje sztuki plenerowej), do joggingu, rowerowych itd. Układ wodny, zwłaszcza po modernizacji i rozbudowie też może zacząć wypełniać wiele nowych funkcji. Na przykład można go uczynić dostępnym dla płaskodennych łódek, kajaków itd. Część parku wprost idealnie nadaje się na urządzenie ogrodu japońskiego.
Sposoby zaspokajania niektórych co bardziej wstydliwych potrzeb należałoby trochę ucywilizować, w miarę możliwości preferując rozwiązania architektoniczne, ponad policyjno-administracyjnymi. Na przykład poprzez znalezienie odpowiedniej lokalizacji dla przynajmniej jednej przyzwoitej ubikacji do obsługi ludzi oraz piesków. Kąciki cichej miłości, pralnie pieniędzy, narkomańskie i pijackie meliny raczej należałoby przenieść w inne miejsca. Pozyskiwanie z terenu parku złomu, opału oraz materiałów budowlanych należy karać z całą surowością prawa. Problem skażenia gruntu jajami pasożytów da się rozwiązać tylko w skali całości miasta.

Historyczna atrakcja wizytówką współczesności
Przywracanie dawnej świetności parku należy zacząć od odbudowy związków funkcjonalno-przestrzennych założenia parkowego z zespołem pałacowym. Należy odtworzyć historyczne aleje i dojazdy, sprzężenia i osie widokowe.
Układ wodny w parkach, a zwłaszcza stawy o nieruchomej tafli zawsze pomyślane były jako lustra  zwielokrotniające najpiękniejsze widoki, wzbogacające ekspozycję pałaców, obraz pomników, malowniczość mostków, zielonych ścian wnętrz parkowych salonów i innych obiektów architektury ogrodowej. Stąd trasy alei spacerowych są starannie sprzęgane z tymi naturalnymi lustrami w taki sposób by maksymalizować wspomniane efekty (triki) architektoniczne. Należy mieć świadomość, że ukształtowanie terenu parku oraz aranżacja zieleni były od początku pod tym kątem profilowane przez dawnych mistrzów.
Przed przystąpieniem do rewitalizacji historycznych Zespołów Parkowo-Pałacowych konieczna jest solidna ekspertyza stanu tych zabytków optyki architektonicznej, a później również analiza możliwości ich rekonstrukcji, ewentualnie wzbogacenia pierwotnej siatki - ale zawsze z uszanowaniem genius loci! Trzeba koniecznie mieć na uwadze, że przez lata, zwłaszcza w czasie wielkiej smuty bolszewickiej, popełniono wiele błędów w utrzymaniu parku. Trasy alejek uległy niekorzystnym zmianom, w ukształtowaniu terenu i zieleni pojawiły się dzikie przegrody zacierające pierwotne powiązania i sprzężenia widokowe. Równolegle przebito przypadkowe otwarcia widokowe i komunikacyjne, doprowadzając do kompozycyjnej „kakofonii”.
Tam, gdzie to możliwe, należy zrekonstruować, a nawet rozbudować strukturę salonów parkowych oraz wystrój ich wnętrz. Tam, gdzie proste odtworzenie koliduje z ochroną innych (nowych) wartości, potrzebna jest twórcza reinterpretacja. Prawdziwi architekci uwielbiają takie wyzwania. Wyłonienie tego rodzaju rzemieślników powinni mieć na celu organizatorzy przetargu na rewitalizację Skierniewickiego Ogrodu Prymasów Polski. Czy mieli? Warunki przetargu ogłoszone przez prezydenta wskazują na to, że nie. Po co więc zorganizowano ten przetarg? Wyłoniono ekipę, która nie ma o wyżej wymienionych sprawach bladego pojęcia. Istnieje wiele możliwych wyjaśnień tego fenomenu. Na razie jednak brak wystarczających dowodów na wyróżnienie któregokolwiek z nich.




czwartek, 22 listopada 2012

Skierniewicki Park - wytyczne do projektowania




Skierniewickie władze zabrały się za renowację Ogrodu Prymasowskiego spontanicznie. Nieomal jak Kozietulski pod Samosierrą. Tyle, że on miał pomysł i pojęcie, po co to wszystko. Szarżę zaprojektował co prawda „w locie”, ale zaprojektował. „Soplica z synowcem” w „Panu Tadeuszu” Adama Mickiewicza już niczego nie projektowali poza „jakoś to będzie”. Jak to się skończyło? Mickiewicz taktownie przemilczał. Ale historia nie miała już tyle wyrozumiałości. Skierniewice to miasto rodzinne Kozietulskiego. Co drugi mieszkaniec marzy tu aby choć raz w życiu porządnie poszarżować. Zwłaszcza kiedy taką szarżę daje się sfinansować za cudze pieniądze. Wtedy hulaj dusza... Sądzę jednak, że nawet Kozietulski dostałby gęsiej skórki widząc szarżę rewitalizatorów (nie mylić ze szwoleżerami) skierniewickiego parku. Póki szarża trwa jeszcze, postanowiłem rzucić jej uczestnikom garść wytycznych ratunkowych. Może uda się ocalić chociaż park?
 
Strategiczne cele rewitalizacji „Ogrodu Prymasowskiego”
Zanim zacznie się projektowanie czegokolwiek, należy najpierw sformułować cele strategiczne przedsięwzięcia. Dojdziemy do nich po analizie: 1) oczekiwań społecznych, 2) historii założenia, oraz 3) interakcji funkcjonalno-przestrzennych ze strukturą urbanistyczną miasta. W ten sposób otrzymamy odpowiednio trzy punkty, których osiągnięcie jest obowiązkiem decydentów:
1.      stworzenie w centrum Skierniewic wielofunkcyjnej przestrzeni publicznej o charakterze parkowo-rekreacyjnym i wystawienniczym;
2.      przywrócenie Skierniewickiemu Zespołowi Pałacowo-Parkowemu dawnej świetności, oraz jego wzbogacenie w taki sposób by stanowił atrakcję turystyczną oraz wizytówkę współczesnego miasta;
3.      wzmocnienie wszystkich społecznie korzystnych związków (interakcji) Parku z całością urbanistycznej struktury Skierniewic.
Zlekceważenie któregokolwiek z tych punktów dyskwalifikuje całe przedsięwzięcie. Inaczej mówiąc - szkoda na nie pieniędzy podatników. Czy koncepcja rewitalizacyjna autorstwa pani Śnieguckiej spełnia chociaż jeden z tych punktów? Nie. Czy władze mają jakiś inny projekt?

Rzut oka na mapę Skierniewic
W środku planu miasta widzimy zieloną plamę. To miejski park. Wysoki nasyp linii kolejowej brutalnie rozcina go na dwie nierówne części. Pod torami, na wysokości rzeki Skierniewki wykonano most, który zapewnia łączność obu części parku. Na załączniku graficznym  obrysowałem je obie czerwoną linią. To pierwotne granice parku. Obecnie granice własnościowe nie mają z nimi wiele wspólnego, chociaż na początku stanowiły jedno. Jest to poważny problem konserwatorski, jak i architektoniczny. Należy rozwiązać go przed przystąpieniem do jakichkolwiek prac projektowych, a zwłaszcza przed podjęciem działań w terenie. Jedyną słuszną decyzją jest objęcie naturalnych granic parku ochroną prawa miejscowego oraz przyjęcie wytycznej zmierzającej do przywrócenia tożsamości z nimi stosunkom własnościowym, przestrzennym i krajobrazowym. Każdy projekt rewitalizacyjny parku powinien obejmować całość Założenia Parkowo-Pałacowego. Ograniczanie zakresu opracowania wyłącznie do granic własnościowych jest błędem w sztuce. Jest „grzechem pierworodnym” generującym łańcuch kolejnych błędów.

Bramy do parku
W moim szkicu koncepcyjnym zaznaczyłem sześć głównych węzłów komunikacyjnych wiążących Założenie Pałacowo-Parkowe z tkanką miejską. Nazywam je bramami lub portalami nie dlatego, żeby wymagały dosłownego posiadania wrót o ruchomych skrzydłach, dających się zamykać i otwierać, ale przez wzgląd na komunikacyjną funkcję, jaką pełnią w strukturze urbanistycznej śródmieścia. Determinuje to konieczność indywidualnego ich opracowania projektowego.  1a – jest węzłem na przedłużeniu osi ul. Senatorskiej. Zachowała się tam dawna brama, jednak jej pierwotny sens został zatarty poprzez likwidację reprezentacyjnego dojazdu do głównego dziedzińca przed Pałacem. Dojazd należy odtworzyć.
1b -  Na przedłużeniu pasażu (imienia A. Nużyńskiego) przebiegającego pomiędzy kinem „Polonez” a Młodzieżowym Centrum Kultury, po drugiej stronie ul. Jagiellońskiej w parku, pojawia się ciek zasilający jego układ wodny. Obecność strumienia stwarza możliwość kreacji wzdłuż niego pieszego ciągu. Taka aranżacja  wzbogaci walory parku.
1c – Węzeł od zachodu zamykający Skwer Inwalidów Wojennych a od południa projektowany „ Słoneczny Bulwar”. Jest to komunikacyjnie najważniejsze miejsce parku. Wymaga starannej oprawy, zwłaszcza od strony miasta.
1d – Węzeł będący wizytówką miasta od strony dworca kolejowego. Jego zadaniem będzie prowadzanie przyjezdnych na obszar parku, a podczas Święta Kwiatów na obszar targowy.
1e – Węzeł wprowadzający na teren parku ruch rowerowy od strony dzielnicy „Widok” do Starego Rynku.      

Ogrodzenia
Granice parku są jak ramy obrazu, jak złota kolia oprawiająca diament. Wymagają starannego opracowania projektowego. Ze względu różnice w funkcji jakie mają pełnić poszczególne ich części podzieliłem je na trzy rodzaje. Parawan wzdłuż linii kolejowej, oznaczony nr 3 na załączonym szkicu koncepcyjnym, pełnić powinien rolę optycznej i dźwiękowej przegrody chroniącej wnętrze parku przed nieprzyjemnymi widokami i odgłosami nadjeżdżających pociągów. Z zewnętrznej strony powinien stać się wizytówką miasta dla tysięcy podróżnych codziennie przejeżdżających przez Skierniewice kolejowym tranzytem. Taki parawan powinien być solidny, oryginalny, trwały, względnie tani w budowie i utrzymaniu oraz posiadać jak największą wartość kulturową. Zaprojektowałbym go jako żelbetowo-kamienną, ażurową konstrukcję, fantazyjną płaskorzeźbę z elementami żywej, dobrze utrzymanej roślinności ozdobnej. Z punktu widzenia promocji wizerunku miasta dałoby to duże korzyści. Niepowtarzalną formę artystyczną tego parawanu można uzyskać dzieląc go na odcinki i w drodze konkursu zlecając ich wykonanie wybitnym artystom. Spójność estetyczna dzieła zostanie zachowana dzięki określeniu parametrów ogólnych, takich jak szerokość, wysokość, rodzaj użytych materiałów, stylistyka i tematyka.
Numerem 2 oznaczyłem odcinek obrzeży parku na długości ul. Sienkiewicza. W tym miejscu najwłaściwszym będzie zaprojektowanie wielofunkcyjnej przestrzeni uformowanej za pomocą parterów kwiatowych, żywopłotów i małej architektury. Pełnić będzie ona rolę alei spacerowo-rekreacyjnej, łączącej „bramę” nr 1c z „portalem” 1d. Aleję tą nazwałem „Słoneczny Bulwar”. Podczas Święta Kwiatów stanowić ona będzie ciąg wystawienniczy dla kwiatowo-owocowych kompozycji plenerowych. Formalnie i funkcjonalnie będzie czymś w rodzaju półprzepuszczalnej przestrzeni pośredniej (przejściowej membrany) pomiędzy masywem parkowej zieleni a zurbanizowaną częścią miasta.
Numerem 7 oznaczyłem na planie odcinek najbardziej tradycyjnego ogrodzenia, nawiązującego do dawniej istniejącego, o murowanych słupach i kutych ze stali przęsłach, które winno zastąpić to z drucianej siatki. CDN.

wtorek, 20 listopada 2012

Park Prymasowski - Recenzja projektu, którego nie ma




Pani Anna Wójcik Brzezińska w kilku rozdziałach uporządkowała sobie informacje uzyskane od zwycięzców przetargu na „rewitalizację” Skierniewickiego Parku. Odnosząc się do tych rewelacji, zachowam przyjęty przez nią podział, aczkolwiek boleję nad tym, że niezbyt pomaga on oddzielić rzeczy istotne od błahostek.

Partery kwiatowe vis a vis pałacu
W felietonie pt: „Święto Kwiatów nie lubi Skierniewickiego Parku”  podkreśliłem, że decyzja o przywróceniu geometrycznej kompozycji z czasów baroku vis a vis pałacu, od strony zachodniej, wiązać się będzie z destrukcyjną wycinką zabytkowego drzewostanu, który tam w międzyczasie wyrósł. Kiedy przed kilkuset laty urządzano te partery, najpierw poprowadzono od strony pałacu linię prostą, która stała się ich osią symetrii i kręgosłupem funkcjonalno-kompozycyjnym. Zgodnie z regułami estetycznymi baroku, oś ta miała się rozwijać w nieskończoność w postaci alei spacerowej, a może nawet utwardzonego gościńca. Wówczas jeszcze nie stały jej na drodze tory kolejowe, poletka doświadczalne Instytutu Sadownictwa, siedliska ludzkie, ani parkowy starodrzew. Oś ta nie rozwinęła się zgodnie z pierwotnym zamierzeniem, nie wpisała w urbanistykę miasta, jak podobne osie w innych założeniach z tamtej epoki. Przeciwnie, uległa całkowitemu zatarciu. Właściwie to przeszła łagodnym łukiem w linię kolejową relacji Skierniewice - Łowicz, ale to już inna bajka. Odtwarzanie jej w obecnych realiach byłoby co najmniej kontrowersyjne. Natomiast odtwarzanie  geometrycznych kompozycji ogrodowych, których oś ta była uzasadnieniem, bez jej przywrócenia, jest konserwatorskim absurdem. Żeby było śmieszniej, projektanci w ogóle nie przewidują odbudowy związków formalnych i funkcjonalnych zespołu pałacowego z jego założeniem parkowym.


poniedziałek, 12 listopada 2012

Terroryści w Skierniewicach – czyli jak zarazić miasto toksokarozą


Rozsiewanie toksokarozy w odróżnieniu na przykład od HIV, czarnej ospy, czy wąglika nie jest w Polsce karalne, a skutki dla społeczeństwa są równie niszczące. Każdy psychopata może więc bezkarnie pobawić się w terrorystę. Wystarczy sobie kupić pieska lub adoptować ze schroniska. Nie odrobaczać go przez 7- 8 tygodni, pozwalać łazęgować po wstydliwych zakamarach, a potem wypróżniać go codziennie na innym chodniku lub trawniku. Chodzi o zwiększenie zasięgu rażenia. Najszybsze i najbardziej niszczące skutki można osiągnąć dokonując zrzutów psich bobków na osiedlowe place zabaw, zwłaszcza jeśli trafią wprost do piaskownicy. Dzieci łatwiej zarazić, zwłaszcza te, które mają zwyczaj jeść piasek albo oblizywać brudne ręce. Nawet jeśli niektóre czynności związane z procederem rozsiewania glistnicy psiej prawo uznaje za wykroczenie to i tak kary są symboliczne (grzywny ok 100zł) i co ciekawsze, w praktyce nie egzekwowane.


Co to jest toksokaroza?
Toksokaroza to zarażenie człowieka larwami glisty psiej. Wystarczy wdepnąć w psią minę zastawioną wcześniej przez jakiegoś terrorystę, a potem wnieść na butach do domu jej resztki, pozwolić im wyschnąć, rozkruszyć się i rozproszyć w otoczeniu. Jaja pasożytów w warunkach domowych szybciej dojrzewają, potrafią też latać w powietrzu. Nasycone larwami drobiny psiego kału wysychając wchodzą w skład domowego kurzu, który następnie osiada na naszych ubraniach, błonach śluzowych, książkach, pościeli, sztućcach, talerzach, itd. Stąd już mały krok do ludzkich ust i przewodu pokarmowego, aczkolwiek nie jest powiedziane, że to jedyna droga agresji glisty psiej. Przebieg u człowieka tzw OLM czyli zespołu Larwy Wędrującej Ocznej wskazuje, że prawdopodobnie do inwazji może dochodzić wprost przez oczy, np. kiedy wiatr zawieje nam w twarz ulicznym pyłem. Dowiedzione jest, że szczenięta zarażają się przez krew jeszcze w macicy suki, lub ssąc jej mleko. Jeśli masz dziecko wystarczy, że pozwolisz mu wytarzać się w osiedlowej piaskownicy albo na pobliskim trawniku. Jaja glisty potrafią przetrwać w glebie ponad 10 lat. Jedna glista psia produkuje 50 tysięcy jaj dziennie, a jeden przeciętny emeryt spacerujący z pieskiem potrafi w ciągu miesiąca rozproszyć 50 milionów jaj po obszarze miasta wielkości Skierniewic. Larwy glisty psiej przenikają do krwiobiegu człowieka po czym osiedlają się gdziekolwiek. Najbardziej interesuje je nasz mózg, oczy i mięśnie. W odróżnieniu od glisty ludzkiej nie wracają do przewodu pokarmowego by tam osiągnąć postać dorosłą i zająć się przemysłową produkcją jaj.
Tak zachowują się kiedy zaatakują psa, czyli żywiciela docelowego. Człowieka rozpoznają jako roślinożercę, czyli potencjalny pokarm dla mięsożercy. Ich celem jest więc zagnieżdżenie się w postaci larw w naszych tkankach i sprawienie byśmy jak najprędzej stali się obiadem dla mięsożercy. Zupełnie jak w przypadku włośni. Toksokaroza jest bardzo niebezpieczną chorobą, trudną do zdiagnozowania i leczenia. Jej objawy nie są jednakowe w poszczególnych przypadkach i stadiach. Czasem objawiają się wysoką temperaturą, a czasem wysypką, lub atakiem astmy. Mogą też pojawić się napady drgawek, skurcze mięśni, bóle w obrębie jamy brzusznej i nudności. Jak już wspomniałem w poprzednim artykule, Skierniewiccy lekarze najczęściej rozpoznają w takich przypadkach niedobór magnezu, tzw jelitówkę, lub alergię o nieznanej przyczynie i zalecają poczekać, przeczekać lub kupić sobie w aptece magnez bez recepty. Ewentualnie zapisują najdroższy, nierefundowany przez NFZ antybiotyk lub homeopatyczne czary-mary.


Nie muszę chyba dodawać, że czary-mary i antybiotyki tylko poprawiają robalom samopoczucie. Toksokaroza (toxocara canis) oficjalnie w Skierniewicach nie występuje. Podobnie zresztą jak (toxocara cati) czyli zarażenie glistą kocią, chociaż kocie odchody można odkopać z każdej skierniewickiej piaskownicy, a jaja glisty psiej znajdziecie w 80% próbek ziemi pobranej z dowolnych miejsc na terenie miasta. Na własne oczy widziałem na jednym ze Skierniewickich osiedli, dzieci używające wygrzebanych z piaskownicy, kocich odchodów jako plasteliny.
Dobrze że nie gumy do żucia... Ludziki sobie lepiły.



Owsików też nie ma
Nie ma w Skierniewicach również glisty ludzkiej, ani nawet owsików. Co prawda w porównaniu do glisty psiej to miłe i przyjazne człowiekowi zwierzątka, ale na dłuższą metę męczące. Jedne pomagają mu wyregulować układ immunologiczny, ale w zamian wyjadają co lepsze kąski; drugie zapobiegają powstawaniu hemoroidów, ale powodują też, nie zawsze seksowne swędzenie w strefach erogennych. Oczywiście nie istnieją oficjalnie. Nieoficjalnie to ich obecność daje się wydedukować z zachowania i wyglądu mieszkańców. Ziemista, sugerująca niedożywienie cera w połączeniu z otyłością, a zwłaszcza wydatnym brzuchem, wskazuje na zarażenie pasożytem. Kto zaś uczestniczył w paradzie podczas Święta Krzaków i miał okazję obserwować trybunę (scenę), z pewnością zwrócił uwagę na charakterystyczne odruchy naszych VIP-ów. Chodzi o nerwowe, aczkolwiek dyskretne, często wręcz nieuświadomione poprawianie spodni od tyłu. Zaręczam, że większości skierniewickiej elity, o plebejuszach nawet nie wspominając, przydałby się drink z „pyrantelum”. To rodzaj trucizny na robaki, ale tylko te zamieszkujące przewód pokarmowy. Larw osiedlonych w mózgu i mięśniach nie da się tak prosto pozbyć. Niestety w skierniewickich aptekach nie ma nawet tego leku, ani żadnych innych. Kto nie wierzy niech sam popyta. Trzeba go sprowadzać na specjalne zamówienie. Oczywiście żaden lekarz w Skierniewicach wam takiej recepty nie wypisze. Dlaczego? Krótko mówiąc: z powodu syndromu stołówki. Na czym dokładnie polega syndrom stołówki - pewnie kiedyś napiszę.


piątek, 9 listopada 2012

Podsrywanie psem




Zjawisko „Srania psem” po raz pierwszy zostało dostrzeżone i nazwane w kultowym już  filmie Marka Koterskiego pt: „ Dzień Świra”. Wszyscy pamiętamy działania odwetowe, jakie Adaś Miałczyński podjął w ramach zwalczania tej zawstydzającej patologii. Normalnie ubaw był po pachy. Cała Polska rechotała. Sama z siebie się śmiała. A potem temat się skończył i znów psem się sra, całkiem tak samo jak za komuny. Wiadomo, że sranie psem nie jest wynalazkiem wyłącznie skierniewickim. To zjawisko ogólnopolskie i w związku z tym, pisząc dzisiejszy felieton, muszę szczególnie uważać, żeby nie oderwać się od lokalnej specyfiki i zbytnio nie poszybować w niezwykle kuszącą sferę rozważań ogólnych. Aczkolwiek temat mało jest lotniczy. Może z tego powodu też mało eksploatowany w mediach głównego nurtu? Ostatnimi laty jest nawet jakby trochę porzucony, żeby nie powiedzieć celowo przemilczany. Mam na ten temat własną teorię spiskową. Otóż pan prezydent ma psa, premier też ma psa i nawet Jarosław K. ma psa. W związku z powyższym poruszenie tego tematu, choć pilnie potrzebne, jest niewygodne; choć uzasadnione, jest dopuszczalne jedynie w prasie podziemnej i to tylko w rozważaniach lokalnych.

Przez wzgląd na prekursorski charakter
Tytułem wstępu należałoby najpierw odpowiedzieć  na pytanie: co to właściwie jest „sranie psem”, czym ono się różni od zwykłego oddawania stolca przez człowieka, lub też wydalania kału przez inne stworzenie? Innymi słowy wpierw należy zjawisko „srania psem” zdefiniować, zakotwiczyć w aktualnie obowiązującym systemie pojęciowym i to porządnie, czyli w sposób naukowy. Potem dopiero można śledzić drogę psiej kupki od płyty chodnikowej, na przykład do talerza z obiadem, małżeńskiego łoża, czy na oddział noworodków w najbliższym szpitalu. Do dzieła więc!
„ Sranie psem” jest to załatwianie potrzeb fizjologicznych psa przez człowieka. Zazwyczaj w miejscu publicznym, aczkolwiek niekoniecznie. Należy zauważyć, że zgodnie z tą definicją, żeby zjawisko „srania psem” zaistniało niezbędny jest pies, ale przede wszystkim konieczny jest człowiek. Rola psa w tym wydarzeniu ogranicza się wyłącznie do samej czynności wypróżnienia. Człowiek natomiast podejmuje w niej decyzje strategiczne, czasoprzestrzenno-etyczne! A w szczególności: o wyborze pory dnia (zwykle wieczorkiem), miejsca (przeważnie chodnik albo trawnik) oraz o wzięciu na siebie, lub uchyleniu się od obowiązków wynikających z prawa własności do kupki.

Co z tą kupką?
Decydując się na pieszą przechadzkę, niezależnie z psem czy bez psa, zwykle poruszamy się po publicznych chodnikach, zawsze naszpikowanych tysiącami czatujących na naszą nieuwagę próbek psiego kału. Pułapki te występują w różnej postaci, w wystarczającej ilości, zawsze gotowe przykleić się do naszego obuwia, odzienia, naskórka, owłosienia, bagażu podręcznego, psa, a nawet hypoalergicznego kota. Praktycznie na obszarze naszego kraju nie ma takiej możliwości, żeby po powrocie ze spaceru  nie wprowadzić do mieszkania produktów „srania psem”. A razem z nimi toksycznych lub alergennych dla człowieka wydalin psiej przemiany materii, chorobotwórczych zarazków oraz jaj pasożytów nękających psie plemię, z glistą psią na czele. Jednak zanim zacznie nam się psi kał rozpraszać w przestrzeni publicznej, a potem przenikać do przestrzeni prywatnej i osobistej nawet, należy zauważyć, że ma on swego właściciela. Właściciela, który ponosi za niego całkowitą odpowiedzialność i co ważniejsze, którego tożsamość łatwo ustalić, a jeszcze łatwiej pociągnąć do odpowiedzialności. Trzeba tylko chcieć.


Na pasjonujący temat glisty psiej rozpiszemy się w następnym felietonie. Niecierpliwym i ciekawskim proponuję jednak pogrzebanie w internecie, lub przeegzaminowanie swojego lekarza rodzinnego. Dziś wspomnę tylko, że u psa glista psia rozwija się podobnie jak glista ludzka u człowieka. Natomiast kiedy glista psia wniknie do organizmu człowieka zaczyna się prawdziwy horror. W Skierniewicach ten horror często przyjmuje nazwę „alergii bezobjawowej”, „grypy jelitowej” - popularnej „jelitówki”, albo zwykłego niedoboru magnezu.


Pewnego wieczora, na jednym ze skierniewickich skrzyżowań załatwił się dystyngowany, starszy pan wyglądający na emerytowanego funkcjonariusza wydziału spraw obywatelskich albo poczty.  Zwróciłem mu uwagę, że skoro już się zesrał na środku chodnika to powinien posprzątać po sobie, a nie rozdeptywać „toto” tu i tam. Na to były funkcjonariusz wrzasnął, że wyprasza sobie takie uwagi, bo on po sobie sprząta zawsze, a jeżeli chodzi o jego psa to obowiązek sprzątania po nim ma Trębski (prezydent Skierniewic). Zdziwiło mnie to oświadczenie i zaciekawiło zarazem więc poprosiłem o szczegółowe uzasadnienie. Naczelnik poczty na to dość ochoczo wyjaśnił, że w Skierniewicach układ (czyli deal) wygląda tak: posiadacz pieska płaci do ratusza podatek (tzw. pieskowe), a w zamian za to pan prezydent Trębski wywiesza w pięciu umówionych punktach miasta papierowe torebki z nadrukowaną dedykacją, że mają być używane wyłącznie do pakowania psich bobków. A co jeżeli - pomyślałem z niepokojem - pies ma rozwolnienie?
Ponieważ jednak pan prezydent ostatnio przestał wywiązywać się ze swoich obowiązków, to on (ten emeryt) kontestuje „srając psem” ,w ramach protestu, wszędzie gdzie popadnie. Normalnie jak jakaś kura!

Skierniewickie układy
Przestał wieszać pan Trębski torebki czy nie przestał, każdy czytelnik (oczywiście spoza Skierniewic) przyzna, że przedstawiony układ wygląda na dziwaczny. Z pewnością jednak daje pogląd na lokalną specyfikę. Jeszcze większy pogląd na Skierniewicką specyfikę daje widok dziesiątków papierowych torebek poniewierających się po ulicach, lub tonących w błocie alejek Prymasowskiego Ogrodu. Chyba nie używanych nawet? Pozostaje mieć nadzieję, że podczas rozpoczętej właśnie rewitalizacji parku zostanie zastosowany jakiś inny sposób utwardzania nawierzchni alejek, bo ten z torebkami, jak dowodzi praktyka, jest do bani.